Sportowy 8-dniowy test 40-latka, czyli Karol startuje

Test 40- latka w 8 dni, czyli półmaraton po plaży, maraton ultra i szybka dycha w górach przełamana mocnym treningiem w środku tygodnia….

Nagłówek mówi sam za siebie. Przetestowałem się jak należy… w różnych okolicznościach, na różnych trasach, w różnych warunkach. Jak się przygotowałem to tych trudnych ośmiu dni? Trenowałem z moimi Podopiecznymi, a poza tym ze względu na odejście mojego trenera tenisa w inne miejsce, na razie przerwałem lekcje, więc odpadł tenis. Lekcje tańca, na które uczęszczaliśmy z Magdą, też przerwaliśmy. Z kolei po sezonie triathlonowym odłożyłem na bok rower (jeżdżę tylko okazjonalnie),  pływanie (okazjonalnie). Zatem zostały treningi z Podopiecznymi, joga, boks i w głowie zaczął się rodzić pomysł maratonu poniżej 3 h, więc rozplanowałem sobie treningi do końca października do startu w Toruń maraton.

Gdzieś w tę drogę wplotłem sobie coroczny event Ultrajanosik. Tym razem dwa dystanse w dwa dni, czyli sobota 55km i niedziela 10km. Nigdy czegoś takiego nie testowałem na sobie, ale co tam… Lubię eksperymenty i wyzwania, poza tym tego typu doświadczenia to doskonałe lekcje na przyszłość, a nuż  mój Podopieczny zechce coś takiego i na sobie wypróbować. Muszę więc być przygotowany merytorycznie, jak to rozegrać:-) Wszystkie wymienione starty były bez wypoczynku, czyli nie zmniejszałem obciążeń treningowych, tylko realizowałem swój plan…. O wypoczętej nodze nie było mowy…

Ultra Janosik  się zbliżał… Wyjechaliśmy w środę, w drodze przerwy na streching, jedzonko i tankowanie. Pierwszy punkt to Zakopane i kolacyjka w Gazdowa Kuźnia. Po spacerku już późnym wieczorem dojazd do Małe Ciche, do sprawdzonego miejsca podczas zeszłorocznego wyjazdu Willa Lichajówka,  gdzie mam kawał ładnej trawiastej działki, na której mogę zrobić poranny rozruch, po którym od razu wskoczyć do mini strumyka przebiegającego przez podwórko:-) RAJ!

Czwartek przywitał nas dobrą pogodą, więc zaplanowaliśmy „atak na góry”, wybraliśmy Kasprowy wierch, wyszło jakieś 17 km z poważnymi przewyższeniami w kilka godzin. I w związku z tym po całym trekkingu moje łydki dały o sobie znać i wrócił doskwierający,  acz paradoksalnie miły ból, który utrzymywał się po plażowym starcie sprzed kilu dni. Można to zaliczyć do błędów przedstartowych. Możecie sobie to wyobrazić – plaża, upał i 21 km biegu po piasku nad brzegiem morza, do łatwych to nie należało. Jednak być kilka dni w górach i nie wyjść w nie? Słabo!!!! Podjąłem rękawicę i zapłaciłem za to cenę…

Nadszedł sobotni poranek – rozruch i na  start… 55 km 🙂 Spiska pętla:-) piękne tereny!!! Już się cieszę, że podczas biegu będę mógł zobaczyć piękną winnicę Eli i Andrzeja, gdzieś na 13-14 km biegu:-) Polana, sosny, puszcza… Zaczynamy lecieć krok za krokiem i od razu puszcza też łydka i zaczyna coś pobolewać, ale cóż potraktowałem to z przymrużeniem oka i leciałem dalej. Stawka zawodników ukształtowała się od samego początku i utrzymywałem się w czubie wyścigu, by kontrolować przebieg i nie tracić za dużo do czołówki. Pierwszy zawodnik, Marcin Baniak, był poza zasięgiem, więc przylepiłem się do drugiego, którym okazał się ziomal z Pomorza, Łukasz Klasa. Biegliśmy w sumie razem, wymienialiśmy się, czym dopingowaliśmy się do utrzymania dobrego tempa. Przeprawiliśmy się przez górską rzekę i tak osiągnęliśmy pierwszy punkt żywieniowy i kontrolny w Kacwinie. Myśmy wbiegali, a Marcin już po pit stopie wybiegał znów pokonywać górskie trudności. Po szybkim naładowaniu wody w bidoniki, popiciu coli, zjedzeniu nieco arbuza i czystej soli szybko ruszyłem za Łukaszem. Znów długie podejścia, ścieżki leśne i bieg przeplatany szybkim marszem pod trudne części trasy. I tak krok za krokiem wpadliśmy w biegowy rytm. W głowie kłębiły się myśli, już zaczynał dawać o sobie znać brzuch (wczorajsze ładowanie było przeładowaniem, ale jakoś nie mogłem sobie odmówić racuszków, serniczka i małego piwka:-) oczywiście w Gazdowej Kuźni w Zakopanym).  Ból brzucha, jakiego jeszcze nigdy podczas biegów nie doświadczałem, pojawiał się w różnych dziwnych miejscach, ale cóż trzeba było skupiać się na kolejnym kroku. I starać się nie zagłębiać w pojawiający się dyskomfort. Już po woli widziałem siebie na 3, może 2 miejscu, i pycha zaraz skasowała zapędy. Z chłopakami zgubiliśmy trasę (oznaczenia trasy pozrywane specjalnie) i było co nadrabiać, bo akurat co zbiegliśmy z długiej górki. Zdezorientowani i po szybkiej naradzie ustaliliśmy, że Marcin zadzwoni do organizatorów, ale do nas trzech w tym momencie dobiegła horda dzików, tzn. szybkich zawodników, którzy podobnie jak my dali się zwieźć przez niespodzianki z oznaczeniem trasy. Sam się często zastanawiam, komu przeszkadzamy? I co kieruje  osobami, które zrywają lub przewieszają szarfy oznaczeniowe trasy, wcześniej rozwieszane przez organizatorów. No, ale cóż, taki urok tych biegów!!! Dla nas to był praktycznie koniec startu w kontekście wyniku, dobrego wyniku. Dobrze, że ktoś z dużej ekipy, która do nas dobiegła, posiadał trucka trasy wgranego w zegarek. Rozpoczęła się walka o dotarcie z powrotem na trasę biegu. Żal w głowie, różne dziwne myśli, psycha siadła, cały czas pod górę i wspólne kalkulacje, ile stracimy??? Po porządnej i długiej wspinaczce jesteśmy w końcu na trasie i okazuje się, że z pierwszych trzech miejsc, spadliśmy na 20-te :-(.  Zatem walka się zaczyna nie od nowa, bo trzeba dogonić tych, którzy nie dali się zwieść i byli na trasie.

40-kilometrowej gonitwy nie chcę pamiętać, chcę tylko podziękować Magdzie, która motywowała mnie na każdym punkcie żywieniowym na trasie, podawała przebieg i zajmowane miejsca!!! Dodatkowym mentalnym wsparciem był pomysł Konrada, by urządzić wspólny Teamowy bieg o tej samej godzinie co mój start, ale na  naszych trójmiejskich  leśnych duktach. Więc nie mogłem od tak zrezygnować, musiałem walczyć, gdyż na mecie czekała na mnie Karina z Łukaszem i dziećmi, którzy w ten dzień już wyjeżdżali do domu, ale pofatygowali się, by kuzynowi pokibicować i zobaczyć, jak wygląda świat biegów górskich od podszewki. Dziękuje Wam, jesteście TOP!!!!

Te wszystkie zabiegi, wsparcie Teamu, rodzinka czekająca na mecie, plus moje resztki motywacji prowadziły mnie do mety biegu…. którą osiągnąłem po ponad 6h, co dało 7. miejsce Open, a 3. w kat. Wiek.

Ostatecznie byłem z siebie bardzo zadowolony, co pozwoliło na krótkie świętowanie, szybką regenerację i gotowość na drugi akcent biegowy, czyli dystans 10 km pod nazwą „ledwo dycha”. Tu już żadnej większej  historii nie było, oprócz tej, że profil trasy wskazywał, że bieg może być cały z górki!!! Jednak taki nie był i na dzień dobry był do pokonanie prawie 2-kilometrowey stromy asfaltowy podbieg. Na bieg plan był prosty, na pierwszych metrach dojść do swojej granicy i utrzymać to przez około 40 min. Do mety dotarłem w 41min  na 10 miejscu co dało 5. w klasyfikacji wiekowej.

PODSUMOWUJĄC 8-DNIOWY TEST 40 LETNIEGO DISELKA, wiek to nie jest żadna granica twoich możliwości, to szansa jeszcze lepiej poznać możliwości swojego ciała!!!! Wszystko rozgrywa się w Twojej głowie, jak uwierzysz w siebie to osiągniesz co sobie zaplanowałeś!!!!!