Początek lata w Athletic Team

Początek lata to czas korzystania z nadarzających się chwil wypoczynku, urlopów, błogiego nicnierobienia. Jednak Athletic Team odpoczywa najczęściej bardzo aktywnie. Treningi, starty, rekreacja – to codzienność moich Podopiecznych i Przyjaciół. Oto garść informacji z ostatnich tygodni:

W gorącej, acz pięknej Hiszpanii, Agnieszka Sychowska wzięła udział w czerwcowym biegu na 5 km w przepięknym Alicante. Już sam ten fakt mógłby być doskonałym początkiem relacji z tego startu Agi, ale jeśli dodam, że był to bieg z przygodami, pewno wzmoże to Waszą ciekawość. Akurat w tym czasie w Alicante odbywała się Hogueras, czyli dwa tygodnie męczącej, choć pełnej radosnej atmosfery fiesty. Przy okazji centrum miasta wyłączone z ruchu, na ulicach milion turystów i jeden wielki hiszpański chaos. Ktoś, kto był w czasie tego typu imprez z jakimkolwiek hiszpańskim mieście może sobie wyobrazić panującą atmosferę i specyficzne zamieszanie z nią związane. Dodatkowym utrudnieniem dla Agi był fakt,  że bieg zlokalizowany był w San Juan Pueblo, 10 km od centrum, co bardzo komplikowało dojazd na miejsce startu. Początek nerwowy, bowiem Aga dotarła na linię startu na pięć minut przed wystrzałem go rozpoczynającym, ponadto pozamykane ulice, zmieniony ruch i dezorientacja w kwestii lokalizacji miejsca rozpoczęcia biegu przysporzyły nie lada stresu i nerwówki. Na szczęście w tym totalnym chaosie policjant, który zauważył desperację i panikę Agnieszki, otworzył jej ulicę i mogła dojechać tak daleko, jak się dało. Resztę dystansu do startu pokonała już w tempie startowym. Zatem trudno określić, czy była to rozgrzewka, czy właściwy bieg J Wyobrażacie sobie sytuację, w której Aga biegnie jak szalona, nie wiedząc, czy trafi na start, czy zdąży? Udało się, wbiegła na linię, gdy inni zawodnicy właśnie rozpoczynali swoje sportowe zmagania. Bez jakiejkolwiek przerwy, bo jak wspomniałem, trudno określić, czy bieg na start był rozgrzewką, czy właściwą rywalizacją, Aga przekroczyła linię i rozpoczęła bieg po zwycięstwo.  To się nazywa motywacja, nastawienie i wola walki. Ostatecznie Agnieszka uplasowała się na 5. miejscu w kategorii wiekowej, z czasem 24:57, co oznacza, że życiówka poprawiona. Ponadto Aga była 13. wśród wszystkich kobiet (na 85 startujących) i 66 ze wszystkich (na 185). Brawo!!! Jest się czym pochwalić!  

Kolejny, tym razem lipcowy bieg na 5 km miał swój start w Huddersfield w Anglii. Agnieszka jak zawodowiec stanęła na starcie po to, aby wygrać, a jeśli nie to, to chociaż poprawić czas na dystansie.Biegła w Huddersfield w piekielnym upale i duchocie, zatem odczucia były mało komfortowe, już przed biegiem Aga była zmęczona  warunkami pogodowymi tym bardziej, że musiała dojechać z Leeds autobusem z przesiadką na pociąg, a potem jeszcze spory kawał drogi pokonać na piechotę. Warto nadmienić na podciągnięcia dramatyzmu, że ani w autobusach, ani w pociągu nie było klimatyzacji. Trasa biegu byłą dla Agnieszki również wymagająca, bowiem Greenhead Park to miejsce pełne pagórków, a zatem sporo podbiegów, a Aga nie czuła się w biegu pod górę zbyt mocna, bowiem przyznała, że nigdy nie trenowała tego typu terenu. Było to dla Niej wielkim wyzwaniem, dlatego czas w porównaniu do hiszpańskiej piąteczki był gorszy, bo coś ponad 26 minut, ale to i tak wystarczyło do zajęcia pierwszego miejsce w kategorii wiekowej. Jestem dumny, Ago!!! Olé!!! J

 

Wioletta Mączkowska i Edyta Karpiusz to duet, który już kilka razy tandemowo stanął na starcie biegu. Tym razem wspólnie postanowiły przemierzyć nocą ulice Gdyni w Nocnym Biegu Świętojańskim na koniec czerwca. To trzeci bieg z cyklu Grand Prix Gdyni. Dziewczyny umówiły się przed godziną 24. blisko linii startu, udało im się spotkać w tłumie, co nie było proste ze względu na bardzo dużą frekwencję startujących. Warunki do biegu były świetne. Pamiętacie, że czerwiec był wyjątkowo upalny w tym roku? Dlatego nocny bieg dał możliwość startu w komforcie termicznym, bez żaru promieni słonecznych i męczącej duchoty wilgotnego morskiego powietrza. Wioletta po raz kolejny postanowiła poprowadzić przyjaciółkę w 10-cio kilometrowym biegu, ostatnio w Kwidzynie udało Jej się to doskonale, Edyta zrobiła dobry czas na dyszkę. Tym razem już od startu było raczej wiadomo, że nie uda się tego czasu pobić, a nawet osiągnąć, bowiem po pierwsze dwukilometrowy podbieg pod ulicę Kielecką dał Edycie nieźle w kość, jednak walczyła dzielnie, ani razu nie przeszła do marszu, chociaż wielu ludzi wokół postanowiło się przemaszerować w kierunku Witomina. Na pewno prowadzenie Wiolety, jej motywacja w czasie biegu, troska pomogły Edycie przebiec cały bieg, choć czas to 1:10. Tak czy inaczej Dziewczyny miały nocny przyjacielski czas dla siebie. To wartość dodana tego typu biegów. Tym bardziej, że Wioletta nie biegła dla siebie, na swój czas, swoje osiągnięcia, tylko startowała dla przyjaciółki. Wiem, że Edyta to bardo docenia.Brawo Dziewczyny! Przed Wami kolejne wspólne starty! Trzymam kciuki.

            Karolina Pawełczak nie próżnuje, oj nie! Tym razem jeden weekend lipcowy poświęciła w całości startom, bowiem 6 lipca w Skórczu w trailowej 15-stce wybiegała 2 miejsce, co jest fantastycznym wynikiem, a 7 lipca w półmaratonie Tricitytrail była trzecia. Karolina zachwyciła się piękną „filmową” trasą i fantastyczną atmosferą imprezy. Jednak najlepsze wrażenia Karolina pozostawiła sobie na później, bowiem wybrała się na Korsykę, aby przeżyć tam swoją rowerową przygodę. Ale tej wyprawie poświęcę oddzielny wpis na blogu za czas jakiś. Warto poczekać… J

           

 

                Tricitytrail to również bieg ultra na 81,5 km w sztafecie prowadząca szlakami turystycznymi Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego.  Ekipa Athletic Team stanęła na starcie zwarta i gotowa – Michał Rusak, Ziemowit Bernatowski, Konrad Wyganowski i Karol, czyli Ja 😉 Genialna walka na trasie, świetna rywalizacja w tegorocznej edycji, była moc w startujących teamach, co zawsze jest sportowo atrakcyjne. Ścigaliśmy się z MajaTeam przez całe 80 km. Było naprawdę mocno i energetycznie. Ostatecznie nasza sztafeta uplasowała się na 2. miejscu, co w obliczu naprawdę silnym przeciwników i mocnej rywalizacji jest świetnym wynikiem. Brawo MY!

            Z kolei Kamil Szeleżyński rozpoczął niedawno swój najdłuższy bieg – małżeństwo! Gratulujemy i życzymy szczęścia na nowej drodze życia. Nasi Chłopcy stają się Mężczyznami!!! Nie tylko w sportowym aspekcie! Ale ten również jest stale obecny w życiu Kamila, który przygotowuje się do startu na 20 km w Gorce Ultra Trail.  To bieg przez najpiękniejsze zakątki Gorców… i najwyższy szczyt Beskidu Wyspowego – Mogielicę. Na Kamila czeka gorcowa dwudziestka na początku sierpnia. Trzymamy kciuki!!! Jeszcze raz wszystkiego najlepszego, nie tylko na trasie biegu.

            Spektakularny start w najbliższym czasie czeka Izę Samson, która przygotowuje się do maratonu w Berlinie. Czekamy na start Izy, trzymamy kciuki za jego powodzenie. O samym maratonie berlińskim możecie przeczytać na moim blogu w cyklu Maratony duże i małe. Zapraszam. 

Na koniec kilka akapitów dotyczących mojego startu w Chojniku w lipcowym górskim maratonie. Ultra maraton w Chojniku, który zapowiadał się dla mnie jako kolejne przedsięwzięcie na długiej górskiej trasie niebędącej przecież nowością w moich doświadczeniach biegowych, zakończył się dla mnie w połowie drogi. I nie wydarzyło się nic spektakularnego, nic dramatycznego, nic, co podniosłoby Wasz poziom zainteresowania na wyżyny. Nic takiego się nie stało… Co zatem spowodowało, że po prostu zszedłem z trasy na 30-stym kilometrze?  Wiele…  Po pierwsze sportowo od pierwszego dnia przybycia do Karpacza wszystko było na opak. Chciałem wykorzystać rodzinny pobyt w górach, sposobność spędzenia czasu z Najbliższymi w taki pięknych okolicznościach przyrody spowodowała, iż zatraciłem swój instynkt sportowca, przyznam, że zrobiłem to świadomie i świadomie naraziłem się na konsekwencje tej decyzji. Długie spacery po górach zamiast przedstartowej regeneracji i ładowania akumulatorów nie były dobrym przygotowaniem do sobotniego startu. Jednak w życiu są rzeczy ważne i ważniejsze – czas z Najbliższymi jest cenniejszy niż kolejny sukces biegowy. Po drugie warunki na trasie miały ogromny wpływ na moją decyzję o rezygnacji. Trasa była bardzo trudna – wiele zbiegów po śliskich kamieniach zaczęło mi działać na wyobraźnię. Oczyma duszy widziałem skręconą kostkę, solidną kontuzję, o którą na tej trasie naprawę było łatwo. Po raz kolejny poczułem emocje związane z wyłączeniem mnie ze sportu, z treningów, co miało już miejsce kilka lat temu. Uznałem, że nie mogę sobie na to pozwolić. Głowa nie pozwoliła mi zatem kontynuować biegu… Decyzję jednak o ostatecznym zejściu z trasy postanowiłem zrzucić na los, bowiem pomyślałem, że jeśli na kolejnym punkcie będzie Magda, zejdę, jeśli Jej nie spotkam pobiegnę dalej. Los i Magda zadecydowali za mnie. Moja Ukochana uratowała mnie swoją obecnością przed kontynuowaniem biegu, co do którego miałem tyle wątpliwości. Jednak serca zawsze należy słuchać. Ostatecznie poniosłem porażkę w tym biegu, nie skończyłem go, ale gdy popatrzy się na sytuację z innej strony odniosłem zwycięstwo -potrafiłem zrezygnować ze sportowych ambicji na rzecz zdrowego rozsądku i własnej przyszłości zawodowej. Ta myśl pozwala mi na przełknięcie tej gorzkiej chojnickiej pigułki.

Następne starty przede mną, zawsze jest szansa na kolejne doświadczenie, zawsze można próbować, zawsze można walczyć ze sobą, upaść na kolana, wstać i biec dalej…

Karol, czyli JAtrenuje