Konradowskie rymy z Chojnika

Oto wyjątkowa relacja Konrada Wyganowskiego z najcięższego ulta maratonu w Karkonoszach – Chojnik Maraton. 102 km trasy z przewyższeniami 5000 m to gratka dla najtwardszych zawodników. Jestem pod wielkim wrażeniem nie tylko sportowego wyczynu Konrada, ale również Jego pióra. Przekonajcie się sami, oddaję pole Konradowi: 

Kiedy nadszedł wreszcie czas, Karpacz deszczem witał nas.

Lecz choć smutna aura wokół, piszę z chęcią ten protokół.

O biegowej mej przygodzie dowiesz się zaraz Narodzie.

Bieg ten Ultra Chojnik zowią. Ma na trasie Przełęcz Sowią.

Start i meta w Sobieszowie. Trzeba tam mieć końskie zdrowie.

Sto dwa kilometry w trasie… możesz bać się już ultrasie.

Bo pod górę będzie sporo. Nie jest to spacer po molo.

Pięć tysięcy przewyższenia…Teraz to już nic zmienia.

Bije pierwsza w nocy właśnie. Zaraz starter w dłonie klaśnie.

Stu czterdziestu śmiałków rusza. Nikt do tego ich nie zmusza.

Przy skocznych dźwiękach kapeli, co ją na to wynajęli.

Najpierw asfalt, potem las. Ciemność już otacza nas.

Kilka skrętów, ścieżka wąska… momentami bardzo grząska.

Ci ,co chcą wygrania biegu, wnet urwali się z szeregu.

I nie widać ich już wcale… To chyba jacyś górale.

A ja z Ryśkiem, też ultrasem, z którym biegam sobie czasem,

co go znam od Janosika, często w górach z nim pomykam.

Dalej wspólnie w tej podróży, wówczas droga się nie nuży.

Już punkt pierwszy jest za nami, wartko dalej podążamy.

Nad Szklarską Porębą noc…jak na razie zbędny koc.

Choć prognozy były złe, jeszcze nie spełniają się.

Świta na Szrenickiej Hali, zawodników widać w dali.

Mijam obok Łabski Szczyt, teraz na dół… ostro…w mig.

Zbiegiem karkołomnym gnam, bo już niedaleko tam,

czeka nas mała wyżerka, choć nie będą to żeberka.

Zaraz potem znów pod górę, widać już nad nami chmurę,

która wręcz nas straszy deszczem. Łudzę się że to nie jeszcze…

Jednak zaraz pierwsza chlapa. Całkiem się zmoczyła mapa.

Jest! Słonecznik we mgle widać…zaraz będę na dół śmigać.

Do Pielgrzymów i Polany. Tu nie jestem deszczem lany.

W górę do Samotni ruszam. Trochę się do tego zmuszam…

Bo już w nogach jest pięć dych, drugie tyle w myślach mych.

Znów jest na dół… do Karpacza. Droga błędów nie wybacza.

Trzeba być bardzo skupionym, jeśli nie chcesz być zgubionym.

Od mieściny mam pod górę. Brak mi sił, że zjadłbym kurę.

Z trudem robię każdy krok, czasem w oczach widząc mrok.

Kryzys się panoszy w ciele, zjadam szybko ze dwa żele.

Nic nie dają, to placebo… Raz po raz spoglądam w niebo.

Mijam Śląski Dom i w dół, szlakiem biegnę, zmięty w pół.

Czasem też przez kamień skoczę… Jakoś się do celu toczę.

Na przepaku oddech chwytam. Jak daleko jeszcze…? Pytam.

Będą może ze trzy dychy.

Zjadam szybko zupę z michy i za Ryśkiem prę pod Śnieżkę…

bez polotu, lecz z uśmieszkiem.

Deszcz rzęsisty znowu pada, czuję się jak reszta z dziada.

Rysiek z przodu mi już znika…Mocny chłop..nie jakaś tyka.

Na przełęczy mocno wieje, niebo wokół już sinieje,

chłód me ciało znów przeszywa…wicher kosodrzewiną kiwa.

To ostatnie w górę wejście, potem tylko płaskie przejście.

Od przełęczy szybkim biegiem,

Po asfalcie w dół..

sam nie wiem…

skąd jeszcze znalazłem siłę, aby pognać i za chwilę wbiec na twarde leśne drogi,

które poprowadzą nogi do podnóża zamku Chojnik,

co wyrasta niczym pomnik, wprost ze skały prosto w niebo…

Trzeba będzie obejść jego wszystkie mury dookoła, lecz spokojnie to podołam.

Karkołomnych kilka zejść, by na asfalt znowu wejść.

Jeszcze trochę… jeszcze chwila…co najwyżej jedna mila.

Wnet się skończy ma wyprawa.

Jest już meta! tam zabawa!

Każdy witany z osobna… dają piwo – piję do dna.

Piętnaście i pół godziny – tyle trwały wypociny.

Lecz nieważne już zmęczenie.

Siadam na pobliski pieniek, uspokajam serca bicie…

Już po wszystkim myślę skrycie.

Ta przygoda była trudna, lecz nie powiem żeby nudna.

Bardzo wiele akcji zwrotów, ale byłem na to gotów.

Teraz trochę odpoczynku, powrót oraz nieco prania

I niebawem znów się stawię gotów na nowe wyzwania…

 

Autor: Konrad Wyganowski