Athletic Team – wrażenia nowicjusza

Athletic Team – właściwie cóż to takiego? Karol Zalewski, czyli trener kryjący się również pod nazwą JAtrenuje, nie ogranicza się jedynie do zajęć indywidualnych ze swoimi Podopiecznymi, jak to często bywa w tym fachu. Przekonałam się o tym osobiście, chociaż początkowo zupełnie nie rozumiałam idei Athletic Team.

Zatem raz jeszcze – czym jest Athletic Team? To grupa zapaleńców, którzy na co dzień są Podopiecznymi Karola, personalnego trenera, który wspomaga Ich w codziennych sportowych zmaganiach, trenuje, wspiera, motywuje itp. To grupa, która obok swoich indywidualnych treningów spotyka się raz w tygodniu i wspólnie ćwiczy pod okiem Karola. Zastanawiałam się, jak to wygląda, jak ludzie mający różne potrzeby w kontekście sportu, różne predyspozycje i poziom wytrenowania może razem ćwiczyć… Miałam obiekcje, wątpliwości, pewien dystans.

Za namową Karola, postanowiłam w końcu zjawić się na zajęciach Athletic Team, poznać zespół, sprawdzić, jak wygląda te 1,5 godziny wspólnego treningu. I wiecie co? To było niesamowite. Już w pierwszych chwilach zaskoczył mnie fakt, że cała grupa (podkreślić należy, że są w niej osoby w różnym wieku, o różnym stopniu zaangażowania w uprawianie sportu) jest zgraną ekipą dobrych znajomych. Gwar rozmów na przywitanie zdradził, że Ekipa ma na co dzień kontakt, że pytają o ostatnie starty, zmagania sportowe, wiedzą, kto, gdzie i co planował w kwestii sportowych wyzwań. Pierwsze minuty to wymiana doświadczeń i wrażeń. Fajne! Jednak nie przeszkadzało to Im, aby przyjęli mnie do siebie w jednej chwili – otwartość i życzliwość to pierwsze wrażenie z zajęć. I nikt nie patrzył na mnie jak na sierotę, która nie dorasta Im sportowo do pięt. A to dla mnie ważne – nie czułam dyskomfortu, wstydu, nie miałam wrażenia, że jestem przysłowiowym „piątym kołem u wozu”.

A same zajęcia? Już teraz rozumiem, dlaczego wszyscy ich uczestniczy chcą ćwiczyć razem, dlaczego taka forma treningu jest świetną odskocznią od indywidualnych, samotnych zmagań ze sportowymi wyzwaniami. Trening Athletic Team jest naprawdę dla każdego. To ogólnorozwojowe ćwiczenia, które tak bardzo potrzebne są każdemu, kto uprawia sport i to nie ma znaczenia, jakiego typu jest to aktywność. Różnorodność ćwiczeń proponowanych przez Karola, ich atrakcyjność, zmienność, a przede wszystkim intensywność dostosowana jest dla każdego z uczestników zajęć. Po godzinie okazuje się zresztą, że nawet Ci najbardziej zaprawieni w bojach sportowych, ze świetną formą, doskonałym przygotowaniem kondycyjnym, odczuwają intensywność ćwiczeń proponowanych przez Karola. I chyba o to chodzi – czujesz, że te zajęcia są Ci potrzebne, że organizm czerpie z nich to, czego może na co dzień nie udaje się osiągnąć w treningach np. biegowych, że wzajemna motywacja i wsparcie grupy to z kolei pozytywny aspekt psychologiczny w uprawianiu sportu.

Generalnie byłam pod wrażeniem zajęć Athletic Team. Zrozumiałam, dlaczego na co dzień ta ekipa czuje się w swoim gronie tak swobodnie i dobrze, dlaczego wspólnie startują w czasie zawodów, dlaczego razem trenują, umawiają się na wspólne treningi, dlaczego chcą tworzyć jakąś sportową wspólnotę. Bo to się sprawdza – radość ze sportu, wsparcie, motywacja, wymiana doświadczeń, przyjaźń, a to wszystko pod czujnym okiem Trenera.  

Edyta Karpiusz 

BANC OF AMERICA CHICAGO MARATHON z cyklu Maratony duże i małe

MARATONY ZAGRANICZNE – DUŻE I MAŁE 

BANC OF AMERICA CHICAGO MARATHON

 Data – 13 października 2019r.                  START, FINISH – Grant Park, S. Columbus Dr.

 Informacje szczegółowe:    www.chicagomarathon.com

 Maraton w Chicago, jest kolejnym z cyklu Abbot World Marathon Majors, czyli sześciu największych i najbardziej renomowanych maratonów na świecie. Do cyklu należą maratony w: Londynie, Tokyo, Berlinie, Chicago, Bostonie i Nowym Jorku.

 Zgodnie z zapowiedzią, poniżej przedstawiamy, informacje okołomaratonowe, tj. podróż, noclegi, komunikacja na miejscu, zwiedzanie….

Może zachęcimy kogoś do ubiegania się o uczestnictwo w tym maratonie w kolejnych latach. A może, w oparciu o nasze informacje, znajdą się chętni na wyjazd w celu kibicowania sportowcom i przeżycia tego fascynującego święta sportu.

Informacje zwrotne mile widziane.

Sprawa podstawowa – Polacy, na wjazd do USA, potrzebują wizy turystycznej.

Wizy uzyskuje się bezpośrednio w placówkach dyplomatycznych, tj. w Ambasadzie USA w Warszawie lub w Konsulacie USA w Krakowie – cena 160$

Są również Biura Turystyczne, które oferują usługę pozyskiwania turystycznych wiz wjazdowych do USA.

Trzeba także mieć świadomość, że zarówno sama podróż, jak i pobyt w USA będą zdecydowanie droższe niż wyjazd na jakikolwiek maraton w Europie.

PODRÓŻ

Optymalny czas pobytu to środa, 09.10 – wtorek, 15.10.2019r., m.in. ze względu na aklimatyzację związaną ze zmianą czasu (w Chicago -7h w stosunku do Warszawy) oraz konieczność odpoczynku po długiej podróży,

PKP Intercity

Gdynia Główna          6.15                 Warszawa Zachodnia                        9.49

Powrót                       

Warszawa Zachodnia                        10.12               Gdynia Główna                      13.49  

Warszawa Zachodnia łączy się z Portem Lotniczym Chopina 3 liniami kolejowymi: SKM linie S2 i S3 oraz Koleje Mazowieckie KM

LOT

Warszawa – Chopin   12.35               Chicago – O’Hare      15.30               przelot 9h 55min.

Powrót

Chicago – O’Hare      16.15 (15.10.2019)     Warszawa – Chopin   8.20  (16.10.2019)

 KOMUNIKACJA MIEJSKA

Proponuję wybrać Chicago Transit Authority – CTA – posiadającą 8 linii kolejowych, każda oznaczona innym kolorem oraz sporą sieć autobusową, rozwożącą podróżnych na liniach prostopadłych do tras pociągów, przy czym przystanki autobusowe są przy każdej stacji kolejowej.

Pociągi CTA jeżdżą, częściowo pod ziemią, a częściowo – na specjalnych konstrukcjach – nad ziemią.

Linia Blue Line łączy Port Lotniczy O’Hare z Downtown, czyli z samym Śródmieściem.
Bilet z i do Portu Lotniczego kosztuje 5$.

Przez Downtown przechodzą trasy siedmiu spośród ośmiu linii kolejowych, co pozwala siecią CTA dojechać prawie wszędzie.

Ceny biletów: jednorazowy na pociąg 2,50$, jednorazowy na autobus 2,25$, ale kupowany u kierowcy 2,50$, bilet 1-dniowy 10$, 3-dniowy 20$.

Bilety kupuje się, przede wszystkim, w automatach biletowych dostępnych na każdej stacji.

NOCLEGI

Ze względu na usytuowanie strefy startu/mety w Grant Park, czyli w Downtown, warto zapewnić sobie noclegi w pobliżu. Łatwo tu również z lotniska dojechać.

W centrum Chicago tj. w Downtown i najbliższej okolicy – wg www.booking.com – znajduje się prawie 100 hoteli, z czego 23 hotele 3-gwiazdkowe, w których ceny za 6 nocy w pokoju
2-osobowym mają rozpiętość 1.650-4.000$ oraz 48 hoteli 4-gwiazdkowych z cenami 1.850-5.000$.

ZWIEDZANIE           

Jako Europejczycy, przywykliśmy do pewnego rytuału zwiedzania dużych miast: oglądamy wykopaliska obiektów starożytnych, nawet ponad 2000-letnich, nawiedzamy romańskie i gotyckie katedry – mają kilkaset do tysiąca lat, podziwiamy kościoły i pałace barokowe, też kilkusetletnie oraz prezentowane w muzeach dzieła sztuki, im starsze tym cenniejsze. To taki specyficzny europejski kanon.

Państwowość Stanów Zjednoczonych Ameryki liczy sobie trochę ponad 200 lat. Nie zobaczymy tam tego, co podziwiamy w Europie.

W dużych miastach, takich jak m.in. Chicago, możemy podziwiać rozmach i zupełnie inną niż w Europie koncepcję zagospodarowania przestrzeni miejskiej:

  • siatka ulic, jak w zeszycie w kratkę – równoległe północ-południe i przecinające je pod kątem prostym wschód-zachód;
  • budowle pnące się w górę na kilkadziesiąt pięter i w dół, pod ziemię, na kilka pięter
  • kilkupiętrowe drogi kołowe i szynowe, wielopiętrowe skrzyżowania.

To naprawdę robi wrażenie.

Ale widać też troskę o własną historię, pieczołowitość w utrzymywaniu i restaurowaniu zachowanych obiektów z końca XIX wieku.

Przeglądając strony internetowe muzeów, ogrodów zoologicznych, botanicznych, różnego rodzaju galerii nieodparcie wybija się na pierwszy plan nastawienie na edukację, wszystkich: dzieci, dorosłych, całych rodzin. Wszystkie instytucje, które raczej kojarzą się z oglądaniem, czy zwiedzaniem, oferują niezliczoną ilość programów edukacyjnych, często nieodpłatnych.

Chicago jest trzecim co do wielkości miastem w USA i drugim pod względem rozmiarów skupiskiem wieżowców w tym kraju. Obecnie znajduje się tu ponad 200 budynków, których wysokość przekracza 100 metrów.

Zatem, w tym mieście, zaproponuję inny niż dotychczas model zwiedzania.

 Jak zawsze i wszędzie, warto jest mieć przy sobie mapę miasta lub mały przewodnik!!!

 W dniu przyjazdu

Obawiam się, że po dobie przedłużonej o 7 godzin (różnica czasu) i długiej, męczącej podróży (w Polsce będzie już około północy) zwiedzania raczej nie będzie. Jakiś posiłek, kąpiel i sen.

W kolejnym dniu, czyli w czwartek,

tradycyjnie już, proponuję rozejrzeć się po strefie startu/mety maratonu, sprawdzić możliwości dotarcia w ich pobliże. A także, patrząc na mapę trasy maratonu – wybrać miejsce dogodne do kibicowania zawodnikom.

Start i meta maratonu zostały usytuowane w Grant Park, jest to ogromny park publiczny położony w centralnej dzielnicy biznesowej Chicago. Park oddziela tę dzielnicę od brzegu jeziora Michigan.

Mieszkając w hotelu usytuowanym w Downtown, bardzo łatwo trafić do Parku: trzeba iść
w kierunku wschodnim, ewentualnie można skorzystać z autobusu, których wiele kursuje po ulicach poprowadzonych na linii wschód-zachód.

Przy samym nabrzeżu są jacht kluby i mariny.

W parku jest wiele bardzo ciekawych tras spacerowych, promenad, fontann, rzeźb etc.

Centralnym miejscem parku jest Bukingham Fontain – monumentalna fontanna, bardzo pięknie oświetlona po zmierzchu.

W parku zlokalizowano najbardziej charakterystyczne zabytki i atrakcje Chicago: artystyczne – muzea, galerie, amfiteatr, sportowe – stadiony i  boiska do wielu dyscyplin oraz wymyślne parki zabaw dla dzieci.

Południowa część parku o nazwie Museum Campus, to miejsce trzech najbardziej znanych muzeów w mieście, wszystkie poświęcone naukom przyrodniczym: Adler Planetarium, Field Museum of Natural History i Shedd Aquarium.

Adler Planetarium, to kosmos, jego tajemnice, jego zdobywanie, obserwacja nieba itp. Jest czynne w godzinach 9-16. Ceny biletów: all exhibitions – 19$, all exhibitions + one sky show – 28$  oraz – chyba najciekawsza opcja – all axhibitions + the historic Atwood Sphere + your choice of two sky shows – 35$.

Field Museum of Natural History, to początki życia na Ziemi, ewolucja gatunków, odkrycia archeologiczne i naukowe związane z tą tematyką.

Jest czynne w godzinach 9-17. Bilet podstawowy all general admission exhibitions kosztuje 26$. Są również opcje bogatsze: all general admission exhibitions, and one ticketed exhibition or 3D movie – 34$ oraz all general admission exhibitions, all ticketed exhibitions, and one 3D movie – 40$.

Shedd Aquarium, to wszystko co żyje w wodzie, pod wodą i przy brzegach… Jest czynne w godzinach 9-17. Bilet kosztuje 39,95$.

Prawdopodobnie czasu w ciągu tego dnia wystarczy na Grant Park i, co najwyżej, na dwa z trzech wymienionych muzeów. Może warto, po zapoznaniu się ze szczegółami dotyczącymi zawodów, najpierw przemieścić się na południe, do w/w muzeów. A dopiero później, może po zapadnięciu zmierzchu, nacieszyć się samym parkiem i jego atrakcjami.

Gorąco zachęcam.

W piątek

Przez Chicago przepływają dwie rzeki, jedna z południa, a druga z północy. Rzeki te łączą się w samym centrum miasta, tworząc jedną, rzekę Chicago, płynącą na wschód do jeziora Michigan. Na tym odcinku rzeka poprzecinana jest wieloma, wartymi obejrzenia, mostami; niektóre z nich są mostami zwodzonymi.

Wzdłuż południowego brzegu rzeki biegnie ulica Wacker Dr. A jeszcze bliżej brzegu, poniżej poziomu ulicy jest pieszy deptak – Chicago Riverwalk – z którego można podziwiać okazałe budynki posadowione wzdłuż przeciwległego brzegu rzeki. Urzekający jest ten widok po zmierzchu, kiedy wielobarwnie i intensywnie oświetlone budynki odbijają się w ciemnej toni.

Przy ulicy Wacker Dr, tuż przed trzecim mostem licząc od ujścia rzeki do jeziora, pod numerem 111 znajduje się:

 Chicago Architecture Center, jest to budynek, w którym prezentowana jest architektura Chicago. Głównie są to, zbudowane w skali, modele centrum miasta, z „drapaczami chmur”. Ogląda się te modele stojąc na wysokiej platformie, pozwalającej ogarnąć całość. Dzięki temu można łatwo zorientować się w topografii miasta. I, ewentualnie, wybrać te budynki, które chciałoby się zobaczyć na żywo.

Centrum jest czynne w godzinach 9.30-17, bilet kosztuje 12$.

Centrum oferuje również rejsy statkami wycieczkowymi po rzece. Podróż trwa 90 minut i kosztuje prawie 45$, ale wówczas zwiedzanie modeli miasta jest już w cenie tej wycieczki. Rejsy zaczynają się co 30 minut, od godziny 9.30. Bilety na rejsy wieczorne są droższe o 5$.

 Spacer po Downtown. Tutejsze osobliwości to budynki wysokościowce o najprzeróżniejszych kształtach i wymyślnej architekturze. Jako materiał budowlany dominuje beton, stal i szkło.

Proponuję pochodzić po ulicach i zadzierając wysoko głowy, podziwiać niemal nieograniczony ludzki geniusz.

Chicago miało szczęście do wybitnych architektów, którzy tworząc budynki użyteczności publicznej – siedziby biznesu i administracji – stworzyli dzieła sztuki architektonicznej.

Miasto bywa nazywane „miastem architektów”.

Ciekawostki:

W ciągach ulic S Wells St, W Van Buren St., S Wabash Ave, i E Lake St biegną również linie pociągów CTA. I tak, na poziomie gruntu jest „normalna” ulica, jezdnie, chodniki, wejścia do budynków, a nad jezdniami na wysokości drugiego piętra sąsiadujących budynków, na stalowej konstrukcji, biegną torowiska pociągów, które krzyżują się z sobą tak jak ulice poniżej. A jeśli trzeba przekroczyć rzekę, np. w ciągu ulicy Lake, to most jest też dwupoziomowy, na dole pieszo jezdny, na górze kolejowy. I akurat ten most jest tak skonstruowany, że może być podnoszony dla umożliwienia przepłynięcia pod nim wyższych jednostek.

Kawałek za rzeką, linia metra przechodzi nad stacją Ogilvie Transportation Center. Jest to stacja, na której kończy się bieg pociągów przyjeżdżających do centrum Chicago z północy. Posiada 8 peronów i budynek stacyjny. Ciekawostką jest to, że całość, tj. budynek, torowiska i perony, usytuowane są na platformie kilka metrów nad poziomem gruntu.

Podobnie jest ze stacją LaSalle Street, położoną nieco na południe, która „zbiera” transport kolejowy dochodzący do centrum od południa.

Może być interesujące pochodzić sobie po takiej stacji i podpatrzeć rozwiązania techniczne i organizacyjne.

Przy ulicy W Madison St, na odcinku pomiędzy N LaSalle St i N Clark St, jest kościół katolicki pod wezwaniem Świętego Piotra, prowadzony przez zakon franciszkanów. Nie sposób go minąć, gdyż na fasadzie jest olbrzymi krzyż. Zachęcam do wejścia, jeżeli będzie otwarty. Wnętrze jest przepiękne, ascetyczne, surowe, wysmakowane. W jednej z kaplic po prawej stronie jest kopia watykańskiej Piety Michała Anioła Buonarotti.

Dalej można przejść N LaSalle St cztery przecznice na południe do W Adams St. Na samym rogu jest Rookery Building, a w nim centrum biznesowe. Jest to obiekt historyczny, z końca XIX wieku, po rewitalizacji. Część powierzchni wspólnych, m.in. Lobby Light  Court na I piętrze jest dostępne dla publiczności: od poniedziałku do piątku w godzinach 7-18, w soboty
w godzinach 8-14, wejście od ulicy Adams.

Następnie należy ulicą W Adams St pójść w kierunku zachodnim przez dwie przecznice do 
S Franklin St. Na rogu Adams i Franklin stoi wieżowiec Willis Tower. Ten wieżowiec ma 108 pięter i ponad 440m wysokości, i jest najwyższym budynkiem w Ameryce. Na 103 piętrze znajduje się Skydeck Chicago (taras widokowy), częściowo ze szklaną podłogą. Skydeck jest czynny codziennie w godzinach 10-20, w soboty 10-21, bilety w cenie 25$.

Sądzę, że tyle atrakcji na jeden dzień wystarczy.

W sobotę

W przeddzień maratonu, biegacze raczej powinni się zrelaksować, i nie forsować się intensywnym zwiedzaniem miasta.

Osoby towarzyszące, kibice, chyba również powinni nieco odpocząć.

Ale, myślę, że mała wycieczka będzie jak najbardziej odpowiednia,

Ponieważ w Chicago żyje liczna Polonia, warto odwiedzić chociaż jeden polski obiekt.

Wybrałam Polish Museum of America przy N Milwaukee Ave nr 984. Muzeum jest czynne codziennie, oprócz czwartków, w godzinach 11-16, cena biletu – 10$.

Dojazd z Downtown autobusem 56 – przy W Madison St (na odcinku pomiędzy Grant Park i rzeką) znajduje się kilka przystanków linii 56. Cała trasa to około 10 przystanków, należy wysiąść na przystanku Milwaukee & Noble i cofnąć się około 100m do dużego skrzyżowania z W Augusta Blvd. Budynek Muzeum, dobrze oznakowany polskimi flagami, stoi na samym rogu.

Następnie proponuję cofnąć się do przystanku Milwaukee & Noble i autobusem 56 przejechać w kierunku powrotnym 2 przystanki, do Milwaukee & Chicago. Przejść na drugą stronę ulicy W Chicago Ave, gdzie jest przystanek Chicago & Milwaukee linii 66 – usytuowany tuż przy wyjściu ze stacji Chicago Blue Line.

Autobusem 66 pojechać 9 przystanków w kierunku wschodnim do przystanku Chicago
& State, który znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie wyjścia ze stacji Chicago Red Line.

Po wejściu w ulicę N State St, w kierunku południowym, za około 30m, będzie duży kościół z jasnego kamienia, z bogato zdobioną fasadą.

Jest to rzymskokatolicka katedra pod wezwaniem Najświętszego Imienia Jezus. Warto ją odwiedzić, ze względu na typowy przykład amerykańskiej estetyki – na bogato i, z pomieszaniem różnych stylów architektonicznych, które w Europie są obecne raczej w czystej postaci.

Powrót do centrum pociągiem Red Line ze stacji Chicago w kierunku 95th Red Line Station. Wysiadamy na stacji położonej najbliżej naszego hotelu.

Dla osób wierzących.

W katedrze Najświętszego Imienia Jezus w soboty wieczorem Msze św. są odprawiane o godz. 17.15 i o godz. 19.30.

W kościele św. Piotra przy ul. Madison (w centrum) sobotnia Msza św. jest o godz. 17

W poniedziałek

Dalszy ciąg penetracji miasta; jest jeszcze wiele do odkrycia.

Grant Park od zachodu zamyka ulica N Michigan Ave, a od północy E Randolph St. Po przeciwnej stronie Randolph stoi monumentalny Prudential Plaza – nazwa zwyczajowa  One Two Pru, w istocie nawiązuje do faktu, że są to dwa połączone z sobą budynki. Wraz infrastrukturą towarzyszącą zajmują cały kwartał pomiędzy ulicami Randolph, Beaubien, Lake i Stetson.

One Two Pru jest szóstym najwyższym budynkiem w mieście, o wysokości ponad 300m. Posiada 64 kondygnacje nadziemne i pięciopoziomowy podziemny garaż. Kondygnacje podziemne są podłączone do podziemnej sieci chodników dla pieszych – Chicago Pedway System – zapewniających bezpośredni dostęp do hoteli, usług handlowych, gastronomii, ratusza oraz systemu pociągów CTA.

Zatem tym razem proponuję zjechać w dół i zobaczyć chociaż część Chicago podziemnego. To może być ciekawe doświadczenie.

Mapa systemu Pedway wraz z opisem i zaznaczonymi zejściami jest tutaj https://www.chicago.gov/content/dam/city/depts/cdot/pedestrian/Pedway/PedwayMap2013.pdf

Drugą część dnia proponuję przeznaczyć na rozrywkę, w tym celu należy udać się na Navy Pier. Jest to olbrzymie betonowe molo położone przy północnym ujściu rzeki Chicago do jeziora Michigan. Dawniej było tutaj centrum szkolenia marynarki wojennej, a obecnie całe molo służy rozrywce. Jest znane z lunaparkowych atrakcji, restauracji, sklepów i fajerwerków.

DLA AMATORÓW ŁĄCZENIA BIEGANIA ZE ZWIEDZANIEM

Jeśli macie ochotę zostać w Chicago trochę dłużej, mamy następującą propozycję:

 MUZEA – trzeba pamiętać, że większość muzeów jest zamknięta w poniedziałki.

Chicago History Museum – 1601 Notrh Clark Street – dla zainteresowanych historią miasta, jego rozwojem, odbudową po wielkim pożarze w 1871r.,etc.

Czynne codziennie w godzinach 9-30-16.30, bilety w cenie 17$

 DuSable Museum of African American History – 740 East 56th Place – pozwala poznać historię, osiągnięcia, kulturę i sztukę Afroamerykanów. Z pewnością warte odwiedzenia, w Europie nie mamy zbyt dużej wiedzy w tym zakresie.

Czynne, oprócz poniedziałków, w godzinach 10-17, bilety w cenie 10$.

 Museum of Science and Industry – 5700 South Lake Shore Dr – niezwykle interesujące i inspirujące interaktywne wystawy z różnych dziedzin nauki i przemysłu. Można w nim, na zabawie i nauce, spędzić cały dzień, nie mając świadomości upływu czasu.

Czynne w godzinach 9.30-16, bilety w cenie 20$.

 ATRAKCJE

Garfield Park Conservatory – 300 North Central Park Ave –Garfield Park Conservatory jest jedną z największych i najbardziej oszałamiających oranżerii botanicznych w kraju. Konserwatorium, często nazywane „sztuką krajobrazową pod szkłem”, prezentuje tysiące gatunków roślin z całego świata w ośmiu krytych ogrodach wystawowych. Przez cały rok odwiedzający mogą cieszyć się bujną florą i tropikalnymi temperaturami w pomieszczeniu lub ponad 10 akrami ogrodów na świeżym powietrzu

Czynne codziennie w godzinach 9-17. Wstęp wolny, gospodarze liczą na dobrowolne dotacje.

 Lincoln Park Zoo – 2001 North Clark Street – jeden z najstarszych ogrodów zoologicznych
w USA. Połączony z parkiem, zajmuje obszar około 400ha.

Ogród jest czynny codziennie w godzinach 10-17, wstęp wolny, mile widziana dobrowolna dotacja.

Wycieczki poza miasto wynajętym samochodem (około 60$ za dzień) na ile tylko zawartość portfela i wyobraźnia pozwalają.

Milwaukee, leży 150 km na północ, a w nim muzeum Harley-Davidson

Detroit, około 450 km na wschód – miasto, które ogłosiło upadłość

Niagara Falls, około 850 km na wschód

JEDZENIE

Chcąc poczuć się jak rodowity Amerykanin koniecznie trzeba spróbować  krwistego steka,  pysznego  hot  doga i hamburgera, którego wielkość zadziwi niejednego smakosza oraz słynną Deep Dish Pizza (grubą, smażoną na głębokim tłuszczu). Oprócz typowych fastfoodów, można  odnaleźć bogactwo kuchni z wielu zakątków świata. Mieszkańcy Chicago, tak jak i całych Stanów Zjednoczonych, to mieszanka imigrantów z wielu różnych kultur, dlatego w mieście możecie korzystać z ulubionej kuchni: włoskiej, francuskiej, chińskiej, meksykańskiej, tajskiej itd. Popularne są owoce morza i ryby z jeziora Michigan oraz różne grillowane mięsa i ….„król” bekon.

ZAKUPY

Ograniczyłabym się jedynie do drobnych pamiątek-upominków.

UDANEGO POBYTU I ZNAKOMITEGO WYNIKU SPORTOWEGO!

Informacje szczegółowe, zawarte w tekście powyżej, są zaktualizowane na dzień jego sporządzenia, tj. 16 sierpnia 2019r.

 Właściciel strony i pomysłodawca cyklu: Karol Zalewski

Przygotowała: Małgorzata Zalewska

 

 

 

Rowerowy tour Karoliny po Korsyce

Wakacje do czas słońca (chyba, że jest to polskie morze, to bywa różnie…), odpoczynku, urlopów, relaksu i radości. Dla Karoliny Pawełczak to idealna pora na to wszystko, jednak jak na fankę sportu przystało, nie zapomniała również o tym, że jest to najlepszy czas na odcinanie kuponów od swojej wypracowanej sportowej formy. W sumie to z relacji Karoliny trudno jednoznacznie określić, czy wyjechała na piękną Korsykę w celach turystycznych, czy treningowych. Dla mnie, jako Trenera, wersja o podwójnym celu podróży jest jak najbardziej optymistyczna i satysfakcjonująca, bowiem właśnie tak widzę wypoczynek moich Podopiecznych – turystyka, zwiedzanie, relaks, radość z poznawania nowych miejsc, czerpania z nich tego, co najlepsze przy jednoczesnej dbałości o formę i sportowy szlif w nowych, arcyciekawych często, okolicznościach przyrody…

A zatem, wracając do wojaży Karoliny, Korsyka dostarczyła jej w lipcu emocji związanych z kontemplowaniem cudownych zabytków, przyrody, urokliwych miast i miasteczek, a także miejsc zupełnie odludnych, ale jakże atrakcyjnych dla rowerowego Zapaleńca. I tak Korsyka powitała Karolinę swoim niesamowitym urokiem w Bastii i cudowną, górzystą trasą rowerową – Biguglie > Ollette > Saint Florent. „Ponoć legenda głosi, że Bóg stworzył Korsykę siódmego dnia, kiedy był już znużony pracą. Nie miał siły wymyślać nowych cudów świata i poszedł na łatwiznę – połączył najwspanialsze elementy różnych krajobrazów: majestatyczne wzgórza, bajeczne wybrzeża, pachnące kwiaty i gęste lasy. Zaznałam tego wszystkiego już pierwszego dnia, a to dopiero początek”. Tak relacjonowała Karolina swoje pierwsze rowerowe wojaże na Korsyce.  Rower bowiem był najatrakcyjniejszym i jak się okazało, satysfakcjonującym, sposobem kontemplacji wyspiarskich francuskich klimatów.

Kolejny dzień rozpoczął się już o świcie, bowiem trasa do Calvi, kolejnego celu Karoliny, to ponad 70 km: „O świcie ruszam z Saint Florent drogą do Calvi przez wybrzeże, trasa wymagająca nawet ze wspomaganiem i raczej nie dla kogoś z lękiem wysokości, strome zbocza i trochę szutru, jednak w tle widoki zapierające dech w piersiach (…) w połowie trasy mijam najwyższy szczyt na Korsyce, Monte Cinto, dalej mnóstwo campingów, urocze wioski i piękne, zielone wąwozy – dla kogoś uprawiającego trekking to istny raj. Zjeżdżam wzdłuż Morza Tyrreńskiego – sztos trasa”.  Calvi pozwoliło Karolinie na nieco odpoczynku, dało szansę na małe zwiedzanie, ale jeśli myślicie, że na tym poprzestała tego dnia, to muszę Was z błędu wyprowadzić, bowiem jeszcze tego samego popołudnia ruszyła do Capo Rosso i Porto. Ma Dziewczyna power.  „Trasa do Porto to mega wyzwanie jeśli ktoś chce pokonać ją przez wąwóz wzdłuż rzeki kierując się na Manso to nie polecam – mnóstwo jaszczurek i co gorsza kamieni, więc lepiej nie ryzykować z oponami. Trasa piękna, ale zdecydowałam zawrócić na normalną drogę”. Okazuje się zatem, że czasem zdrowy rozsądek pozwala na dokonywanie słusznych wyborów, cuda natury nie zrekompensowałyby zniszczonego sprzętu, a tym samym przestoju w podróży i niepotrzebnego stresu. Sport wymaga umiejętności podejmowania wyborów, czasem trudnych, wiem to z własnego doświadczenia… i wiem, że bywa tak, że rezygnacja jest najlepszą z dróg osiągnięcia celu. Zresztą trasa Karoliny do Porto i tak nie była łatwa, nie dosyć, że podjazd za podjazdem, to jeszcze padła bateria rowerowa, ale widoki, jakie dzielna Podróżniczka mijała, warte były wysiłku!

„Szybka regeneracja w Porto i ruszam do pięknej stolicy Ajaccio – gdzie urodził się Napoléon Bonaparte, po drodze zawitam do Cegrese na dobra kawkę. Let’s go”. Nie usiedzi na miejscu, nie usiedzi… Poniosło Karolinę Ajaccio. Podobnie jak dnia poprzedniego trasa z Porto zdecydowanie biegła pod górę, a temperatura dawała się we znaki. Na szczęście wiatr bywa sprzymierzeńcem rowerzysty, tak było również w tym przypadku, więc można było się nieco schłodzić.  W drodze do Ajaccio Karolina miała okazję sprawdzić swoją wyobraźnię, bowiem skaliste widoki nieustannie przypominały Jej kształty jakiś zwierząt – „widziałam psa, lwa, dzika, i może małpę”. Zaczynałem się obawiać, czy ten upał nie za bardzo może dokuczał Karolinie. Jednak nagroda czekała za zakrętem, bowiem w Ajaccio Karolina postanowiła spędzić nieco więcej czasu (nie dni, nie… na tyle czasu nie było, ale kilka godzin to zawsze coś), aby naładować baterie i dać odpoczynek nogom. Nie bez znaczenia pewnie były wizje atrakcji takich jak cudowne morze, piękne zabytki i doskonałe jedzenie… Wieczór powinien zastać ją w Propriano, ale pozostało jeszcze trochę pedałowania, ok. 40 km. Mapka wczytana, Karolina gotowa do drogi, jednak coś Ją tknęło i zapytała o trasę w knajpeczce, w której akurat się posilała. „Okazało się, że ta droga już dawno nie funkcjonuje i jedyna opcja to jechać na około wzdłuż wybrzeża, co dodałoby mi ok. 30 km, patrząc na godzinę i 3/4 baterii postanowiłam nie ryzykować, tym bardziej, że droga jest nieoświetlona, zjechałam do knajpy z zapytaniem o nocleg w pobliżu. Opowiedziałam, że jadę już spory kawałek, nogi już ledwo dają radę a mapa okazała się nieaktualna. Co za ludzie i co za szczęście!! Najpierw chcieli przenocować mnie na zapleczu, ale nasza rozmowę podsłuchało małżeństwo zamawiające pizzę i zaoferowali mi, że mnie przenocują (nie myślałam wtedy o tym, że nic o nich przecież nie wiem, było mi już wszystko jedno). Zapakowali rower i ugościli mnie jak księżniczkę – pokój z tarasem, piękny ogród a rano spakowali mi dżemy i croissanty.” I dlatego podróże są tak zaskakujące, i tak fascynujące. Zawsze wydarzy się coś niespodziewanego, nieoczekiwanego i pięknego!

Trasa z Propriano do Porto Veccio, które było kolejnym celem Karoliny to kolejne 73 km pedałowania. Pozytywne doświadczenia dnia poprzedniego skumulowały się w optymizm i nową energię, więc podróż zleciała w oka mgnieniu. Pierwszy jej etap to spore podjazdy, więc trochę trzeba było popracować, ale druga połowa zdecydowanie łatwiejsza, więc nasza Podróżniczka cieszyła się pięknymi widokami Porto Vecchio.  Przysłowiowe „cztery litery” dawały się tego dnia we znaki, bowiem przystanków było mało, ale cóż tam! Każdy kilometr był tego warty: „Porto Vecchio, czyli bajkowe miasteczko, trochę jak z filmu „tajemniczy ogród” mnóstwo wąskich uliczek, pochowanych knajpek i piękne zadbane ogrody, mają tu fajną miejscówkę z serami francuskimi i nieopodal winnice ogólnie mega klimat ! (…) Dobrze mi się siedziało przy zimnym piwku obok muzyka na żywo i wszyscy uśmiechnięci 🙂 odpoczęłam i o dziwo zostało mi ok. 20km do domu więc już z luźną głową (że na pewno dojadę) ruszyłam do miasteczka Conca położonego nieco wyżej”.

W Conca Karolina czuła się przez wiele kilometrów jak w dżungli, roślinność gęsta, a do tego przez prawie kilometr ciągnął się cmentarz (ciekawie tam mają – zamiast pomników mini świątynie dla całej familii). Do tego jakieś domki, co wydawało się mało atrakcyjne, ale wieczór w miejscu noclegu był pełen uroku i pozytywnych emocji – schłodzona Pietra, piękny ogródek, rodzinka się dosiada, pies z kotami i jaszczurkami też się kręcą, rozmowy, domowa pizza przygotowana przez gospodynię, bowiem czas kolacji już dawno minął. Generalnie cudnie! Odpoczynek przed ostatnimi 120 km do ostatniej miejscówki, która dla Karoliny miała być tzw. wisienką na torcie.

Po dobrym francuskim śniadanku ruszam dalej już do ostatniej destynacji (Ok 120km) pogoda nie oszczędza – po krótkim pitstopie na rozpływanie na pięknej plaży Plage de Canella prawie nie staję (w miejscu czuję się jak na grillu) po drodze mijam piękne winnice, plantacje drzew oliwkowych i cytryn – pięknie pachnie i słychać głośne dźwięki korsykańskich kowalików,  do tego wyjeżdżając z Conci, widziałam Kanię rudą – to ogromny ptak polujący w tych rejonach Korsyki coś jak sęp, pełno po drodze winiarni, wytwórni serów i plantacji pomidorów. Zostaje 20km do mety i łapie mnie lekki kryzys energetyczny, a 2km dalej jest zjazd na rynek, biorę banana i lecę dalej >> kilka szybkich odcinków gdzie trzeba się trochę bardziej skupić choć (i tak jeżdżą tu naprawdę ostrożnie nikt nie trąbi jest sporo rowerzystów, więc nie ma poczucia niebezpieczeństwa) spoglądam na zegarek mapa pokazuje 3,5 km do celu, nie chce mi się w to wierzyć!!! Zrobiłam to!!!! Objechałam Korsykę dookoła rowerem – bez Corse Cap’u wyszło niecałe 600 km i zajęło mi to w sumie 4,5 dnia! Chłopak, odbierając rower doznał lekkiego szoku, jak zobaczył licznik, trochę mu poopowiadałam i fotki (wiadomo) uwierzył!!! Zdecydowanie tour warty wysiłku – spotkałam cudownych ludzi i zobaczyłam piękne miejsca, nie wspominając (nie ukrywam) o pracy, jaką mnie to kosztowało – organizacji, odwagi i siły, ale chyba po to się żyje, aby być spełnionym i szczęśliwym no właśnie takiego przeżycia życzę każdemu z Was! coś pięknego ! Podróże kształcą, uczą pokory i na pewno dodają mnóstwo siły. Zatem podróżujcie ile i gdzie się da!!!”  Nic dodać, nic ująć. Podróż Karoliny po Korsyce dobiegła końca. Była wyczerpująca, ale wyjątkowa, trudna, ale fantastyczna!

Barwa dla Karoliny za pomysł i realizację, za determinację i radość życia, za siłę i odwagę! Brawo Ty! Mam nadzieję, że będziesz inspiracją dla innych, a Korsyka doskonałym celem rowerowych wypraw. Powodzenia!

Karol Zalewski, JAtrenuje

Cytaty i zdjęcia zaczerpnięte z profilu Instagram Karoliny @ _k_a_r_l_a___

Początek lata w Athletic Team

Początek lata to czas korzystania z nadarzających się chwil wypoczynku, urlopów, błogiego nicnierobienia. Jednak Athletic Team odpoczywa najczęściej bardzo aktywnie. Treningi, starty, rekreacja – to codzienność moich Podopiecznych i Przyjaciół. Oto garść informacji z ostatnich tygodni:

W gorącej, acz pięknej Hiszpanii, Agnieszka Sychowska wzięła udział w czerwcowym biegu na 5 km w przepięknym Alicante. Już sam ten fakt mógłby być doskonałym początkiem relacji z tego startu Agi, ale jeśli dodam, że był to bieg z przygodami, pewno wzmoże to Waszą ciekawość. Akurat w tym czasie w Alicante odbywała się Hogueras, czyli dwa tygodnie męczącej, choć pełnej radosnej atmosfery fiesty. Przy okazji centrum miasta wyłączone z ruchu, na ulicach milion turystów i jeden wielki hiszpański chaos. Ktoś, kto był w czasie tego typu imprez z jakimkolwiek hiszpańskim mieście może sobie wyobrazić panującą atmosferę i specyficzne zamieszanie z nią związane. Dodatkowym utrudnieniem dla Agi był fakt,  że bieg zlokalizowany był w San Juan Pueblo, 10 km od centrum, co bardzo komplikowało dojazd na miejsce startu. Początek nerwowy, bowiem Aga dotarła na linię startu na pięć minut przed wystrzałem go rozpoczynającym, ponadto pozamykane ulice, zmieniony ruch i dezorientacja w kwestii lokalizacji miejsca rozpoczęcia biegu przysporzyły nie lada stresu i nerwówki. Na szczęście w tym totalnym chaosie policjant, który zauważył desperację i panikę Agnieszki, otworzył jej ulicę i mogła dojechać tak daleko, jak się dało. Resztę dystansu do startu pokonała już w tempie startowym. Zatem trudno określić, czy była to rozgrzewka, czy właściwy bieg J Wyobrażacie sobie sytuację, w której Aga biegnie jak szalona, nie wiedząc, czy trafi na start, czy zdąży? Udało się, wbiegła na linię, gdy inni zawodnicy właśnie rozpoczynali swoje sportowe zmagania. Bez jakiejkolwiek przerwy, bo jak wspomniałem, trudno określić, czy bieg na start był rozgrzewką, czy właściwą rywalizacją, Aga przekroczyła linię i rozpoczęła bieg po zwycięstwo.  To się nazywa motywacja, nastawienie i wola walki. Ostatecznie Agnieszka uplasowała się na 5. miejscu w kategorii wiekowej, z czasem 24:57, co oznacza, że życiówka poprawiona. Ponadto Aga była 13. wśród wszystkich kobiet (na 85 startujących) i 66 ze wszystkich (na 185). Brawo!!! Jest się czym pochwalić!  

Kolejny, tym razem lipcowy bieg na 5 km miał swój start w Huddersfield w Anglii. Agnieszka jak zawodowiec stanęła na starcie po to, aby wygrać, a jeśli nie to, to chociaż poprawić czas na dystansie.Biegła w Huddersfield w piekielnym upale i duchocie, zatem odczucia były mało komfortowe, już przed biegiem Aga była zmęczona  warunkami pogodowymi tym bardziej, że musiała dojechać z Leeds autobusem z przesiadką na pociąg, a potem jeszcze spory kawał drogi pokonać na piechotę. Warto nadmienić na podciągnięcia dramatyzmu, że ani w autobusach, ani w pociągu nie było klimatyzacji. Trasa biegu byłą dla Agnieszki również wymagająca, bowiem Greenhead Park to miejsce pełne pagórków, a zatem sporo podbiegów, a Aga nie czuła się w biegu pod górę zbyt mocna, bowiem przyznała, że nigdy nie trenowała tego typu terenu. Było to dla Niej wielkim wyzwaniem, dlatego czas w porównaniu do hiszpańskiej piąteczki był gorszy, bo coś ponad 26 minut, ale to i tak wystarczyło do zajęcia pierwszego miejsce w kategorii wiekowej. Jestem dumny, Ago!!! Olé!!! J

 

Wioletta Mączkowska i Edyta Karpiusz to duet, który już kilka razy tandemowo stanął na starcie biegu. Tym razem wspólnie postanowiły przemierzyć nocą ulice Gdyni w Nocnym Biegu Świętojańskim na koniec czerwca. To trzeci bieg z cyklu Grand Prix Gdyni. Dziewczyny umówiły się przed godziną 24. blisko linii startu, udało im się spotkać w tłumie, co nie było proste ze względu na bardzo dużą frekwencję startujących. Warunki do biegu były świetne. Pamiętacie, że czerwiec był wyjątkowo upalny w tym roku? Dlatego nocny bieg dał możliwość startu w komforcie termicznym, bez żaru promieni słonecznych i męczącej duchoty wilgotnego morskiego powietrza. Wioletta po raz kolejny postanowiła poprowadzić przyjaciółkę w 10-cio kilometrowym biegu, ostatnio w Kwidzynie udało Jej się to doskonale, Edyta zrobiła dobry czas na dyszkę. Tym razem już od startu było raczej wiadomo, że nie uda się tego czasu pobić, a nawet osiągnąć, bowiem po pierwsze dwukilometrowy podbieg pod ulicę Kielecką dał Edycie nieźle w kość, jednak walczyła dzielnie, ani razu nie przeszła do marszu, chociaż wielu ludzi wokół postanowiło się przemaszerować w kierunku Witomina. Na pewno prowadzenie Wiolety, jej motywacja w czasie biegu, troska pomogły Edycie przebiec cały bieg, choć czas to 1:10. Tak czy inaczej Dziewczyny miały nocny przyjacielski czas dla siebie. To wartość dodana tego typu biegów. Tym bardziej, że Wioletta nie biegła dla siebie, na swój czas, swoje osiągnięcia, tylko startowała dla przyjaciółki. Wiem, że Edyta to bardo docenia.Brawo Dziewczyny! Przed Wami kolejne wspólne starty! Trzymam kciuki.

            Karolina Pawełczak nie próżnuje, oj nie! Tym razem jeden weekend lipcowy poświęciła w całości startom, bowiem 6 lipca w Skórczu w trailowej 15-stce wybiegała 2 miejsce, co jest fantastycznym wynikiem, a 7 lipca w półmaratonie Tricitytrail była trzecia. Karolina zachwyciła się piękną „filmową” trasą i fantastyczną atmosferą imprezy. Jednak najlepsze wrażenia Karolina pozostawiła sobie na później, bowiem wybrała się na Korsykę, aby przeżyć tam swoją rowerową przygodę. Ale tej wyprawie poświęcę oddzielny wpis na blogu za czas jakiś. Warto poczekać… J

           

 

                Tricitytrail to również bieg ultra na 81,5 km w sztafecie prowadząca szlakami turystycznymi Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego.  Ekipa Athletic Team stanęła na starcie zwarta i gotowa – Michał Rusak, Ziemowit Bernatowski, Konrad Wyganowski i Karol, czyli Ja 😉 Genialna walka na trasie, świetna rywalizacja w tegorocznej edycji, była moc w startujących teamach, co zawsze jest sportowo atrakcyjne. Ścigaliśmy się z MajaTeam przez całe 80 km. Było naprawdę mocno i energetycznie. Ostatecznie nasza sztafeta uplasowała się na 2. miejscu, co w obliczu naprawdę silnym przeciwników i mocnej rywalizacji jest świetnym wynikiem. Brawo MY!

            Z kolei Kamil Szeleżyński rozpoczął niedawno swój najdłuższy bieg – małżeństwo! Gratulujemy i życzymy szczęścia na nowej drodze życia. Nasi Chłopcy stają się Mężczyznami!!! Nie tylko w sportowym aspekcie! Ale ten również jest stale obecny w życiu Kamila, który przygotowuje się do startu na 20 km w Gorce Ultra Trail.  To bieg przez najpiękniejsze zakątki Gorców… i najwyższy szczyt Beskidu Wyspowego – Mogielicę. Na Kamila czeka gorcowa dwudziestka na początku sierpnia. Trzymamy kciuki!!! Jeszcze raz wszystkiego najlepszego, nie tylko na trasie biegu.

            Spektakularny start w najbliższym czasie czeka Izę Samson, która przygotowuje się do maratonu w Berlinie. Czekamy na start Izy, trzymamy kciuki za jego powodzenie. O samym maratonie berlińskim możecie przeczytać na moim blogu w cyklu Maratony duże i małe. Zapraszam. 

Na koniec kilka akapitów dotyczących mojego startu w Chojniku w lipcowym górskim maratonie. Ultra maraton w Chojniku, który zapowiadał się dla mnie jako kolejne przedsięwzięcie na długiej górskiej trasie niebędącej przecież nowością w moich doświadczeniach biegowych, zakończył się dla mnie w połowie drogi. I nie wydarzyło się nic spektakularnego, nic dramatycznego, nic, co podniosłoby Wasz poziom zainteresowania na wyżyny. Nic takiego się nie stało… Co zatem spowodowało, że po prostu zszedłem z trasy na 30-stym kilometrze?  Wiele…  Po pierwsze sportowo od pierwszego dnia przybycia do Karpacza wszystko było na opak. Chciałem wykorzystać rodzinny pobyt w górach, sposobność spędzenia czasu z Najbliższymi w taki pięknych okolicznościach przyrody spowodowała, iż zatraciłem swój instynkt sportowca, przyznam, że zrobiłem to świadomie i świadomie naraziłem się na konsekwencje tej decyzji. Długie spacery po górach zamiast przedstartowej regeneracji i ładowania akumulatorów nie były dobrym przygotowaniem do sobotniego startu. Jednak w życiu są rzeczy ważne i ważniejsze – czas z Najbliższymi jest cenniejszy niż kolejny sukces biegowy. Po drugie warunki na trasie miały ogromny wpływ na moją decyzję o rezygnacji. Trasa była bardzo trudna – wiele zbiegów po śliskich kamieniach zaczęło mi działać na wyobraźnię. Oczyma duszy widziałem skręconą kostkę, solidną kontuzję, o którą na tej trasie naprawę było łatwo. Po raz kolejny poczułem emocje związane z wyłączeniem mnie ze sportu, z treningów, co miało już miejsce kilka lat temu. Uznałem, że nie mogę sobie na to pozwolić. Głowa nie pozwoliła mi zatem kontynuować biegu… Decyzję jednak o ostatecznym zejściu z trasy postanowiłem zrzucić na los, bowiem pomyślałem, że jeśli na kolejnym punkcie będzie Magda, zejdę, jeśli Jej nie spotkam pobiegnę dalej. Los i Magda zadecydowali za mnie. Moja Ukochana uratowała mnie swoją obecnością przed kontynuowaniem biegu, co do którego miałem tyle wątpliwości. Jednak serca zawsze należy słuchać. Ostatecznie poniosłem porażkę w tym biegu, nie skończyłem go, ale gdy popatrzy się na sytuację z innej strony odniosłem zwycięstwo -potrafiłem zrezygnować ze sportowych ambicji na rzecz zdrowego rozsądku i własnej przyszłości zawodowej. Ta myśl pozwala mi na przełknięcie tej gorzkiej chojnickiej pigułki.

Następne starty przede mną, zawsze jest szansa na kolejne doświadczenie, zawsze można próbować, zawsze można walczyć ze sobą, upaść na kolana, wstać i biec dalej…

Karol, czyli JAtrenuje