Berlin, półmaraton i JA – wspomnienia Wioletty

Pamiętam, kiedy jeszcze nie biegałam i mało sport mnie interesował, miałam okazję uczestniczyć w półmaratonie berlińskim jako kibic. Impreza swoim rozmachem i atmosferą mnie oczarowała i pomyślałam sobie wtedy, czy ja kiedyś mogłabym tu pobiec… jednak jeszcze długo po tej myśli nic tego nie zapowiadało… Okazuje się jednak, że nie ma w życiu rzeczy niemożliwych.

Jak do tego doszło? W październiku biegłam w towarzystwie Jarka Willmy (mój kuzyn, który biega już 40 lat, więc chętnie korzystam z Jego doświadczenia) półmaraton w Gdańsku i podczas tego startu Jarek powiedział, że jak zrobię czas 1:58’, to jedziemy w kwietniu do Berlina na taki sam dystans. To była moja „marchewka”, zrobiłam to, a ostatnie metry wyobrażałam sobie, jak biegnę w Berlinie, chociaż był to bruk Gdańska. W głowie cały czas miałam muzykę, która towarzyszy berlińskiej imprezie, wyobrażałam sobie te tłumy kibiców i miałam przed oczami biegaczy podskakujących w gotowości do startu.

Nadszedł w końcu czas na zapisanie się na bieg…. ten pierwszy poza granicą kraju, w naiwności swojej wydawało mi się, ze to tylko chwila i już się znajdę na liście ….hmmm, jednak okazało się, że to nie jest takie proste – najpierw formularz, który trzeba było dokładnie wypełnić wszystkimi danymi … a potem cały zestaw pytań odnośnie zdrowia – nie pamiętam, ile ich było, ale dużo…. weryfikacja i po kilkunastu minutach dostałam kod, który to był kluczem do wpisania się na listę startową, opłata z dodatkowymi gadżetami 100€ i jest! 46050 to mój numer startowy!

A potem już 6 miesięcy oczekiwania, ale nie odpoczywałam w tym czasie, o nie! …. treningi …. treningi….. i jeszcze raz treningi. Świetnie dopracowany przez Trenera plan treningowy dawał mi poczucie, że nie może się nie udać i muszę mieć jakiś cel (poprawienie czasu z Gdańska) – to mnie podkręca. Jednak najbardziej byłam nastawiona na super imprezę …w towarzystwie oczywiście prywatnego prowadzącego, którym miał być po raz kolejny Jarek. Ostatni trening przed wyjazdem to wskazówki trenera i motywacja. Podróż była wyjazdem rodzinnym i przyjacielskim. Mam coś takiego, że nie lubię na wyjazdowych startach być na ostatnią chwilę, więc już w piątek byliśmy na miejscu. Hotel Berlin to była nasza miejscówka, bardzo dobrze zlokalizowany, jakieś 2 km od startu, wielce przyjazny biegaczom, więc nie można chcieć więcej. Berlin nocą jest piękny, więc nie omieszkaliśmy popatrzeć na niego… czuć już było atmosferę imprezy… zawsze, kiedy przyjeżdżałam tu kibicować, miałam poczucie, że Berlin tym żyje…, że ludzie przygotowują się bardzo do takich imprez ….

Rano wraz z moją przyjaciółka, która z Hamburga przyjechała nam kibicować, jedziemy odebrać pakiet startowy, a na miejscu tłumy ludzi, wszystko wydaje się gigantyczne – banery, informacje kierujące do odpowiednich miejsc i sektorów, tłum uśmiechniętych i pochłoniętych atmosferą ludzi. Przed odbiorem numeru czeka nas jeszcze EXPO, czyli mnóstwo ubrań, butów i gadżetów biegowych do kupienia, przebijamy się przez kilka hal, aż wreszcie docieramy do miejsc, gdzie wydają pakiety startowe i tu musimy się rozdzielić, bo do odpowiedniego stanowiska mogę podejść już sama. Potem krótka weryfikacja i pakiet w dłoni.

Czułam, jak oblewa mnie fala ekscytacji i emocji- jeszcze tylko przygotowanie rzeczy na start (zawsze ze 20 razy sprawdzam, czy niczego nie zapomniałam) i ostatnia noc przed startem. Tym razem już tak łatwo nie jest…Przewracam się z boku na bok i wydaje mi się, że nie śpię, zegarek wskazuje godzinę za godzina, a ja mam wrażenie, że jeszcze nie zasnęłam. Poranek startowy – śniadanie (zawsze ten sam zestaw przed biegiem, żeby nie było niespodzianek), SMS od znajomych z życzeniami powodzenia, czuję motyle w brzuchu z powodu tremy i ekscytacji. Odbieram jeszcze wiadomość od Trenera, z której zaczynam podejrzewać ze jest gdzieś w Berlinie, ale myślę, że to wyobraźnia płata mi figla, że to niemożliwe. Jednak okazało się za chwilę, że przeczucie mnie nie myliło i Karol z Magdą i Oliwią są na trasie biegu! Emocje, które mi towarzyszyły w tym dniu były nieustannie wymalowane na mojej twarzy …. łzy na zmianę ze śmiechem.

W hotelu spotykamy się z Jarkiem i ruszamy powoli na start, mamy jakieś 2 godziny. Podążamy oczywiście za ludźmi, a ulice zaczynają pustoszeć ze zwyczajowego ruchu, a zapełniać się kibicami i startującymi, uśmiechnięci panowie ze służb pilnujących wskazują drogę, informują, gdzie i w która stronę się kierować. Docieramy na miejsce, piękny park, w tle Brama Brandenburska, tłumy ludzi. kilka fotek, bramki, przez które mogą tylko wejść biegacze, kontrola (nic oprócz butelki z wodą nie można wnieść), wszystko dobrze oznakowane, więc od razu kierujemy się do swojej strefy, mała rozgrzewka, wchodzimy w tłum oczekujących na start ludzi…. dookoła różne narodowości. Ludzie uśmiechają się do siebie i przybijają sobie piątki. Muzyka, która pamiętam sprzed lat i myśl, że kiedyś stałam po drugiej stronie, a teraz wśród biegaczy, powoduje, że mam ciarki na całym ciele. Wreszcie odliczanie, pierwsza fala rusza i sprawnie po kolei każda następna. Ruszamy i my. Szybko z tłumu kibiców dało się słyszeć nasze imiona – NASI nie zawiedli i teraz już nogi niosą!

Każdy kilometr pokonujemy zgodnie z planem, kibicujący przekazują nam niesamowitą energię, nasi kibice pojawiają się na trasie w różnych miejscach, co przyprawia skrzydła. Ostanie kilometry biegu nie są już łatwe, przynajmniej nie dla mnie, co prawda daję z siebie wszystko i w końcu docieramy do METY. Emocje sięgają zenitu. Kurtyna!
Tak, jestem pewna, że to nie jest ostatni w tym miejscu start…
A kto wie, czy ten kolejny nie będzie na królewskim dystansie…

Autor: Wioletta Mączkowska

 

W Berlinie, górach, czy nad morzem – majowe bieganie Athletic Team

Czas na kolejną relację z naszym teamowych zmagań sportowych. Zaczyna się poetycko, choć rymem częstochowskim i nie wiem, czy zachęci to Was to dalszej lektury, ale uwierzcie, że warto. Poznacie nasze majowe przygody, spojrzycie na sport z perspektywy tych, dla których jest on amatorską codziennością, sposobem na życie, zdrowie, spędzanie czasu…

A zatem:

Był kiedyś taki dzień przed laty, w którym Wioletta Mączkowska miała okazję stanąć na trasie półmaratonu berlińskiego jako kibic. Wtedy przemknęła Jej przez głowę myśl, że to Ona biegnie, ale od razu uznała to za niemożliwe. Wtedy jeszcze sport Ją zupełnie nie interesował… i tej wiosny… stanęła na trasie w Berlinie z numerem 46050 jako jedna z tysięcy biegaczy! Towarzyszył jej Kuzyn, Jarek, który nie pierwszy już raz biegł z Wiolettą, motywując Ją do kolejnych osiągnięć i celów. Sam biega już ponad 40 lat, więc doświadczenie ma ogromne, a dla innych bezcenne.

Wiola lubi kontemplować starty, poznać miejsce, pokręcić się nieco po okolicy, poczuć klimat i atmosferę, dlatego w Berlinie wraz z całą rodziną była już dzień wcześniej. W dniu startu emocje dominowały – euforia na przemian z motylami w brzuchu zwiastującymi startową tremę. Atmosfera biegu berlińskiego pochłonęła Ją bez reszty, zachwycona była ludźmi, którzy z uśmiechami na twarzy kibicowali startującym na całej trasie półmaratonu. Mam również nadzieję, że mała niespodzianka, czyli zachowana do końca w tajemnicy obecność moja, Magdy i Oliwki na trasie biegu, była dla Wioletty miłym urozmaiceniem startu. Tak czy inaczej Brama Brandenburska, która była metą biegu, stała się dla Wioletty miejscem wielkiej radości nie tylko z powodu poprawienia czasu na dystansie 21 km, ale również chwilą złożenia sobie obietnicy, że start w Berlinie nie jest Jej ostatnim. Kto to wie, może kolejny będzie na dystansie królewskim??? Swoimi subiektywnymi doświadczeniami z biegu Wiola podzieli się z Wami w oddzielnym wpisie, który niniejszym zapowiadam. Czekamy. A póki co, wielkie gratulacje, Wiolka!!! Trzymam kciuki za kolejne sukcesy!

Wings for Life, który odbywał się w Poznaniu to kolejne majowe wyzwanie Wioletty, która na trasie tego wyjątkowego biegu przebiegła 17 km, zanim dogonił Ją Adam Małysz. W ten sposób Wiolka poprawiła zeszłoroczny dystans tego biegu o 6 km i pobiegła po raz kolejny dla tych, którzy biec nie mogą! Szacunek! 

Wioletta wybrała się z Edytą, swoją przyjaciółką, na X Bieg Papiernika do Kwidzyna, aby poprowadzić ją przez trasę. Okazała się doskonałym pacemakerem, wykazującym się wielką empatią, zrozumieniem, ale również nieustępliwością i zdolnościami motywującymi. Wiem, Wioletto, że biegałaś po wodę, aby przyjaciółka nie musiała gubić rytmu, dbałaś o o czas, pilnowałaś tempa, słuchałaś, ale też kontrolowałaś całość. Jestem z Ciebie dumny!!! Świetna robota, biegłaś przecież nie na swój czas, ale Edyty i to w trudnych warunkach pogodowych, zrobiłaś to z uśmiechem i radością, co przełożyło się na ostateczny wynik biegu. Brawo Ty!!!

Agata Pielachowska w majowe dni zbierała energię podczas wyjazdu rowerowo-turystycznego na szykujące się w kalendarzu starty. Odpoczynek – ten aktywny – to najlepsze, co można zrobić przed każdymi zawodami. Wspaniałe widoki zawsze koją duszę i dodają nowej, pozytywnej energii ciału. Przyznajcie, że patrząc na zdjęcie, można poczuć spokój i zachwycić się sielskością aktywnego wypoczynku Agaty… Jednak już po powrocie nadszedł dzień startu, tym razem w kolejnej odsłonie Grand Prix Gdyni Biegu Europejskim, gdzie Agata wywalczyła na trasie wytyczonej na terenie lotniska w Kosakowie czas 59:03 na dystansie 10 km. Brawo Agato! Przed Tobą lipcowy  TriCity Trail i 47 km w kolejnych zmaganiach sportowych  na terenie urokliwego Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego. Czekamy na ten ultra bieg. Powodzenia w przygotowaniach!

 

Edyta Karpiusz, podobnie jak Agata, postanowiła zmierzyć się z 10 km trasą na lotnisku. Poprawiła swój wynik o ponad 4 minuty (od lutego), co uznać należy za spory progres. Edyta biega od września zeszłego roku, zatem mam nadzieję, iż każde kolejne starty przyniosą kolejne osobiste rekordy, bo jak wiadomo, początkujący w tej materii zawsze ma nieco łatwiej. Tak czy inaczej, bieg po lotnisku okazał się dla Niej ciekawym doświadczeniem, bowiem jak mówiła, sznureczki biegaczy widziane po horyzont robią niesamowite wrażenie, ale jednocześnie napawają pewnym niepokojem – czy dobiegnę tak daleko? O rany! Jaki jeszcze dystans mnie czeka? Czy to aby na pewno „tylko” 10 km???? itp. rzeczywiście, na ulicach miasta, czy chociażby po leśnych ostępach bieganie nie powoduje takiej gigantomanii w wyobraźni, tam po prostu zawodnicy szybko znikają z pola widzenia, a trasa meandruje pomiędzy budynkami, czy zróżnicowanymi elementami krajobrazu. Kibicowałem Dziewczynom na lotnisku i potwierdzam, że perspektywa w takim terenie, który jest absolutnie otwarty, płaski i pobawiony jakichkolwiek wyraźnych punktów odniesienia jest, delikatnie mówiąc, absorbująca…

Edyta wzięła też udział w X Kwidzyńskim Biegu Papiernika, w którym jako Jej pacemaker biegła Wioletta Mączkowska. Plan był taki, aby Wiola poprowadziła Edytę tak, by udało się poprawić wynik z poprzedniego tygodnia z Gdyni. Udało się? A jakże mogło być inaczej, skoro to Wioletta biegła obok. Trasa była trudna, sporo podbiegów, rond, zakrętów i przede wszystkim ściana deszczu, a na drogach kałuże po kostki. Jednak Dziewczyny dały radę! Kolejny czas na 10 km pomniejszony o ponad 1 minutę. Wioletta była świetna jako prowadzący, Edyta posłuszna jako prowadzona i sukces jest! Poza tym Dziewczyny miały razem fajny dzień, a to i w sporcie i w przyjaźni liczy się najbardziej. Gratulacje!

 

Agnieszka Sychowska VII Carrera solidaria de la Policia Local de Alicante… brzmi nieźle, prawda? To bieg, w którym w maju wzięła udział Aga i jak można, nawet bez znajomości hiszpańskiego, wywnioskować to zawody organizowane przez policję w Alicante. Aga pokonała w nich 8 km w cudownych okolicznościach przyrody hiszpańskiej, jakże odmiennych niż te, które możemy kontemplować na co dzień w naszej pięknej Polsce. Również temperatura nieco odbiegała od tego, co mamy w maju tego roku w północnej Europie, bowiem upał w czasie startu zdecydowanie wpływał na stan ciała i umysłu Agi. A jeśli do tego dołożymy również ból gardła, zatem samopoczucie lekko poniżej normy u naszej dzielnej Zawodniczki, mamy bieg trudny, przekraczający kolejne granice w biegowym doświadczeniu Agnieszki. Pomyślicie, że się poddała, że nie dała rady? Nic z tego! Co prawda czas nie był taki, na jaki jako Trener liczyłem, ale okoliczności to absolutnie usprawiedliwiają. Jednak 11. miejsce w kategorii wiekowej,  a 21. wśród kobiet (93 startujące) to wynik satysfakcjonujący obie strony J Aga, która nie raz i nie dwa dowiodła, że jest prawdziwą wojowniczką, tym razem również pokonała słabość i po 5. kilometrze, gdy złapała drugi oddech, zaczęła wyprzedzać tych, którzy „śmieli być” przed Nią J To się nazywa duch walki! Brawo Aga, teraz przed Tobą kolejny cel – przesunięcie życiowego rekordu na 5 km. Wiem, że Twój głód biegania, pokonywania kolejnych granic jest wielki, zatem ze spokojem czekamy na Twoje kolejne fantastyczne starty!

Beata Zwolińska wiosenne klimaty rozpoczęła od startu w duathlonie w Rumi i zdobyła Mistrzostwo Polski w swojej kategorii wiekowej. WOW!!! Wyczyn, prawda? Nie każdy może się poszczycić takim tytułem! Beata może, zatem cóż można powiedzieć więcej? Gratulować, podziwiać, życzyć kolejnych sukcesów. Beato, jesteś fantastyczna!

 

Powiedzieć, że Iza Samson trenuje formę, to powiedzieć za mało.  Godziny spędzone na treningach w wodzie, na trasach biegowych i rowerowych to oczywiście prolog to kolejnych startów triathlonowych Izy. Sezon rozpoczęty z przytupem, a jego kontynuacja zapowiada się fascynująco, więc jestem przekonany o tym, że relacje ze sportowych zmagań Izy będziemy śledzić wszyscy z zapartym tchem. Izo, powodzenia!

Karolina Pawełczak– sport i życie przenikają się nieustannie, tak również jest u Karoliny, która w ostatnich tygodniach doświadcza wyjątkowych zmian w swoim życiu. Co najważniejsze, zmian jak najbardziej pozytywnych – została dyplomowaną pielęgniarką, czego gratuluję; poza tym Jej życie osobiste jest pełne radości i szczęścia, co uskrzydla. Co prawda wszystkie te życiowe milowe kroki nie pozwalają w pełni skupić się na treningach, ale najważniejsze aby chwytać szczęście zgodnie z epikurejską zasadą carpe diem. Mimo to w majowy weekend Karolina wystartowała na 5 km w Biegu Kobiet w Gdyni i to z wielkim sukcesem, bowiem nie można nazwać inaczej wyniku, który pozwolił stanąć na najwyższym stopniu pudła. Świetny bieg, potwierdzający, że stan ducha pozwala na zdobywanie szczytów! Oby tak dalej. Zatem, Karolino, życzę Ci szczęścia wszelakiego, dziękuję za wspólne treningi i pamiętaj, iż w Athletic Team jest zawsze miejsce dla Ciebie. Powodzenia!

 

Szaleństwo biegu po ostępach górskich i leśnych ścieżek to domena Konrada Wyganowskiego i naszego trenera boksu, Ziemowita Bernatowskiego. Jak mówi Konrad: „W lesie łatwo się ukryć. Górki, pagórki, leśne dukty, gęstwina drzew pozwalają na pozostanie z samym sobą na trasie, dają szansę na złapanie dystansu wobec samego siebie, kontemplowanie chwili”. Podkreślić należy, że to chwile niełatwe. Wyobrażacie sobie bieg w takich niełatwych, chociaż pięknych okolicznościach przyrody przez prawie 100 km????? Wyczyn, prawda? Podjęli się go Konrad i Ziemowit w biegu 100 miles of Beskid Wyspowy. Obaj Sportowcy są dowodem na to, iż Mistrzowie mogą więcej – stąd ich imponujący wynik – Konrad na 92 km trasie z przewyższeniami ok. 3800 m zajął 3. miejsce open, Ziemowit 5. open i 3. w kategorii wiekowej. Podziw dla Was, Panowie!

           Beskid Wyspowy to nie tylko fantastyczne miejsce biegowe, wymagające, ale elektryzujące ze względu na swoje wyjątkowe piękno i urok, to również raj stworzony do wypoczynku. Dlatego Konrad wybrał się tam razem ze swoją Rodziną, która nie tylko zagrzewała Go do walki na trasie, witała owacjami na mecie, ale przede wszystkim korzystała z niewątpliwych uroków miejsca. Nie bez znaczenia taka chwila oddechu od codzienności i rzeczywistości miasta była dla Córki Konrada, która ładowała akumulatory przed egzaminem dojrzałości. Chyba nie mogli wymyślić nic lepszego – wspólny rodzinny wypad, który resetował ciała i umysły. Trzymam kciuki za wyniki matury!

           

Konrad i Ziemowit czas spędzali na przyjacielskich pogawędkach u zaprzyjaźnionych właścicieli  “Winnicy Spisz”, a nazwa zobowiązuje, więc raczeni byli lokalnymi trunkami, co jednak jak na sportowców przystało było jedynie marginalnym elementem pobytu J. Przede wszystkim Panowie aklimatyzowali się chociażby wybierając się na Sokolicę w Pieninach, czy regenerując  w Gorącym Potoku w Szaflarach, gdzie termalne źródła ukoiły ciała i dusze. Mieli też okazję kibicować mi podczas startu pierwszego dnia zawodów, co było dla mnie wspaniałym bonusem od losu. Drugiego dnia czekała ich pobudka o 4 rano i ku zaskoczeniu i wbrew wcześniejszym zapowiedziom – ładna pogoda. Konrad większość trasy pokonał samotnie i wydawało się, że nie utraci 3. miejsca, na którym utrzymywał się właściwie od samego początku wyścigu. Nawet pogoń, w jaką ruszył za Nim miejscowy, znający doskonale teren, góral, czy chwilowe zagubienie trasy, a także bieg pod górę Mogielnicę (1170 mnpm) nie zachwiały ostatecznie zajmowaną lokatą. Ponadto dla Konrada bieg ten był powrotem w rodzinne strony, bowiem wychowywał się zaledwie ok. 5 km od miejsca startu, gdzie do dzisiaj mieszkają dziadkowie i część rodziny. Zatem jako dzieciak Konrad zdobywał okoliczne szczyty w czasie zabaw z kuzynostwem. Można więc uznać, że nie był to Jego debiut w Beskidzie Wyspowym 😉

 

            Zupełnie inny charakter miały zawody na dystansie 13 km w Myślenicach, w których wystartował Kamil Szeleżyński – Garmin Ultra Race. To nowa lokalizacja dla tego cyklicznego wyścigu, która urzeka cudownymi krajobrazami i mocą atrakcji, a wiosna jest tam przepiękna. To małopolskie miasto położone pomiędzy Krakowem a Zakopanem samo w sobie jest daje dużo możliwości aktywnego spędzania czasu, a dla Kamila ma atut dodatkowy – uczestnictwo w zawodach myśleniwieckich było okazją do odwiedzenia rodzinnych stron przyszłej Żony Kamila. Sport i życie osobiste bardzo często idą w parze, co burzy stereotypy o absolutnym dysonansie pomiędzy tymi sferami życia. Athletic Team dowodzi, że można sport uprawiać rodzinnie, a jeśli nie uprawiać, to korzystać z możliwości, jakie sport daje, aby więzy rodzinne pogłębiać i wzmacniać. Dlatego podkreślam zawsze znaczenie wspólnych wyjazdów startowych, treningów, rodzinnego kibicowania i spędzania czasu. To przecież w życiu jest najważniejsze. Nie bez znaczenia w wyścigu Garmin Ultra Race jest fakt, iż Kamil zajął 1. miejsce w kategorii wiekowej. Taki bonus 😉

 

Michał Rusak w ostatnich dniach pochwalić się może świetnym wynikiem w Park Run na 5 km, bowiem złamał barierę 20 minut na tym dystansie po kilku latach prób. Świetny wyczyn, tym bardziej, że Michał szykował się w tym samym czasie nie tylko na zmagania sportowe, ale również realizował planowane manewry chirurgiczne. Życiowy rekord na 5 km pozwolił Mu na spokojny sen na stole operacyjnym J Brawo Michał za niezłomność, hart ducha i pozytywną energię!

 

Piotr Bohucki  zaplanował majówkę w doborowym towarzystwie, bowiem spędził ją aktywnie w gronie rodzinnym, szlifując jednocześnie formę na przyszłe starty wraz z Darkiem Wyganowskim, z którym stanęli w parze na trasie Biegu Parami ze Świetlikami. Nazwa nie myli, biegowi przyświecały świetliki, które jak wiemy, aktywne są jedynie po zmierzchu i właśnie w takich wyjątkowych okolicznościach Panowie ruszyli na trasę ponad 15 km w Redzie. Latarki czołowe zawodników mogły rzeczywiście kreować wrażenie setek świetlików tworzących uroczy i wyjątkowy obraz biegowy. Brawa dla Was, Panowie!

 Piotr Biankowski – kariera sportowa Piotra to nieustające pasmo sukcesów i nie jest to żaden truizm. To prawda najprawdziwsza, możecie przekonać się o tym, zaglądając na stronę internetową Piotra, gdzie znajdziecie najnowsze relacje oraz informacje z charytatywnej działalności Piotra. Dla tych wszystkich, którzy Piotra znają i dla tych, którzy chcieliby poznać sylwetkę tego ekstremalnego sportowca i wyjątkowego człowieka już rzut oka na stronę da wyobrażenie o ogromie osiągnięć i działań. Piotrze, podziwiamy i kibicujemy nieustannie!

 

Nasza grupa bokserska rośnie w siłę, przybywa nam coraz to nowych miłośników boksu, który jest doskonałym sposobem na rozładowanie stresu i kształtowanie ciała i ducha. Zapraszamy na zajęcia, przekonajcie się sami, a nie będziecie potrafili już wyobrazić sobie tygodnia bez tego sportu.

 

Teraz ja… JAtrenuje przede wszystkim trenuje właśnie, ale i startuje. Chociaż ambiwalencja co do ostatniego startu w moim umyśle jest znaczna. Z jednej strony dołączyłem jako trzeci muszkieter do Ziemowita i Konrada w imprezie 100 miles of Beskid Wyspowy, biegnąc innego dnia co prawda i na innym dystansie (66 km), zdobyłem ostatecznie 3 miejsce w kategorii open. Z drugiej jednak strony okupiłem to kontuzjami, które w sposób istotny, niestety destrukcyjny, wpłynęły na moją codzienność treningową oraz przesunięcie startów triathlonowych. Tak czasem niestety bywa, szczególnie w odniesieniu do startów ultra… Tak czy inaczej impreza była świetna, pogody co prawda wystarczyło w czasie biegu tylko na 2 godziny, potem już tylko lało, ale niewątpliwie rekompensowały brak słońca piękne krajobrazy gminy Łącko, gdzie sady jabłoniowe mijane na trasie tworzyły naprawdę wspaniałą scenerię. Poza tym ogromne wsparcie ze strony moich najbliższych (Mamy, Pana Piotra, Magdy) oraz przyjaciół (Konrada i Jego żony, Izy, syna Maksa, a także Ziemowita), którzy dzielnie kibicowali na trasie i czekali na mecie, dało mi ostatecznie motywację do walki i uskrzydlało na niełatwej trasie. Dziękuję Wam za to!

Trenujemy, startujemy i dzięki temu życie jest znośne, a czasem nawet piękne!