Rowerowy tour Karoliny po Korsyce

Wakacje do czas słońca (chyba, że jest to polskie morze, to bywa różnie…), odpoczynku, urlopów, relaksu i radości. Dla Karoliny Pawełczak to idealna pora na to wszystko, jednak jak na fankę sportu przystało, nie zapomniała również o tym, że jest to najlepszy czas na odcinanie kuponów od swojej wypracowanej sportowej formy. W sumie to z relacji Karoliny trudno jednoznacznie określić, czy wyjechała na piękną Korsykę w celach turystycznych, czy treningowych. Dla mnie, jako Trenera, wersja o podwójnym celu podróży jest jak najbardziej optymistyczna i satysfakcjonująca, bowiem właśnie tak widzę wypoczynek moich Podopiecznych – turystyka, zwiedzanie, relaks, radość z poznawania nowych miejsc, czerpania z nich tego, co najlepsze przy jednoczesnej dbałości o formę i sportowy szlif w nowych, arcyciekawych często, okolicznościach przyrody…

A zatem, wracając do wojaży Karoliny, Korsyka dostarczyła jej w lipcu emocji związanych z kontemplowaniem cudownych zabytków, przyrody, urokliwych miast i miasteczek, a także miejsc zupełnie odludnych, ale jakże atrakcyjnych dla rowerowego Zapaleńca. I tak Korsyka powitała Karolinę swoim niesamowitym urokiem w Bastii i cudowną, górzystą trasą rowerową – Biguglie > Ollette > Saint Florent. „Ponoć legenda głosi, że Bóg stworzył Korsykę siódmego dnia, kiedy był już znużony pracą. Nie miał siły wymyślać nowych cudów świata i poszedł na łatwiznę – połączył najwspanialsze elementy różnych krajobrazów: majestatyczne wzgórza, bajeczne wybrzeża, pachnące kwiaty i gęste lasy. Zaznałam tego wszystkiego już pierwszego dnia, a to dopiero początek”. Tak relacjonowała Karolina swoje pierwsze rowerowe wojaże na Korsyce.  Rower bowiem był najatrakcyjniejszym i jak się okazało, satysfakcjonującym, sposobem kontemplacji wyspiarskich francuskich klimatów.

Kolejny dzień rozpoczął się już o świcie, bowiem trasa do Calvi, kolejnego celu Karoliny, to ponad 70 km: „O świcie ruszam z Saint Florent drogą do Calvi przez wybrzeże, trasa wymagająca nawet ze wspomaganiem i raczej nie dla kogoś z lękiem wysokości, strome zbocza i trochę szutru, jednak w tle widoki zapierające dech w piersiach (…) w połowie trasy mijam najwyższy szczyt na Korsyce, Monte Cinto, dalej mnóstwo campingów, urocze wioski i piękne, zielone wąwozy – dla kogoś uprawiającego trekking to istny raj. Zjeżdżam wzdłuż Morza Tyrreńskiego – sztos trasa”.  Calvi pozwoliło Karolinie na nieco odpoczynku, dało szansę na małe zwiedzanie, ale jeśli myślicie, że na tym poprzestała tego dnia, to muszę Was z błędu wyprowadzić, bowiem jeszcze tego samego popołudnia ruszyła do Capo Rosso i Porto. Ma Dziewczyna power.  „Trasa do Porto to mega wyzwanie jeśli ktoś chce pokonać ją przez wąwóz wzdłuż rzeki kierując się na Manso to nie polecam – mnóstwo jaszczurek i co gorsza kamieni, więc lepiej nie ryzykować z oponami. Trasa piękna, ale zdecydowałam zawrócić na normalną drogę”. Okazuje się zatem, że czasem zdrowy rozsądek pozwala na dokonywanie słusznych wyborów, cuda natury nie zrekompensowałyby zniszczonego sprzętu, a tym samym przestoju w podróży i niepotrzebnego stresu. Sport wymaga umiejętności podejmowania wyborów, czasem trudnych, wiem to z własnego doświadczenia… i wiem, że bywa tak, że rezygnacja jest najlepszą z dróg osiągnięcia celu. Zresztą trasa Karoliny do Porto i tak nie była łatwa, nie dosyć, że podjazd za podjazdem, to jeszcze padła bateria rowerowa, ale widoki, jakie dzielna Podróżniczka mijała, warte były wysiłku!

„Szybka regeneracja w Porto i ruszam do pięknej stolicy Ajaccio – gdzie urodził się Napoléon Bonaparte, po drodze zawitam do Cegrese na dobra kawkę. Let’s go”. Nie usiedzi na miejscu, nie usiedzi… Poniosło Karolinę Ajaccio. Podobnie jak dnia poprzedniego trasa z Porto zdecydowanie biegła pod górę, a temperatura dawała się we znaki. Na szczęście wiatr bywa sprzymierzeńcem rowerzysty, tak było również w tym przypadku, więc można było się nieco schłodzić.  W drodze do Ajaccio Karolina miała okazję sprawdzić swoją wyobraźnię, bowiem skaliste widoki nieustannie przypominały Jej kształty jakiś zwierząt – „widziałam psa, lwa, dzika, i może małpę”. Zaczynałem się obawiać, czy ten upał nie za bardzo może dokuczał Karolinie. Jednak nagroda czekała za zakrętem, bowiem w Ajaccio Karolina postanowiła spędzić nieco więcej czasu (nie dni, nie… na tyle czasu nie było, ale kilka godzin to zawsze coś), aby naładować baterie i dać odpoczynek nogom. Nie bez znaczenia pewnie były wizje atrakcji takich jak cudowne morze, piękne zabytki i doskonałe jedzenie… Wieczór powinien zastać ją w Propriano, ale pozostało jeszcze trochę pedałowania, ok. 40 km. Mapka wczytana, Karolina gotowa do drogi, jednak coś Ją tknęło i zapytała o trasę w knajpeczce, w której akurat się posilała. „Okazało się, że ta droga już dawno nie funkcjonuje i jedyna opcja to jechać na około wzdłuż wybrzeża, co dodałoby mi ok. 30 km, patrząc na godzinę i 3/4 baterii postanowiłam nie ryzykować, tym bardziej, że droga jest nieoświetlona, zjechałam do knajpy z zapytaniem o nocleg w pobliżu. Opowiedziałam, że jadę już spory kawałek, nogi już ledwo dają radę a mapa okazała się nieaktualna. Co za ludzie i co za szczęście!! Najpierw chcieli przenocować mnie na zapleczu, ale nasza rozmowę podsłuchało małżeństwo zamawiające pizzę i zaoferowali mi, że mnie przenocują (nie myślałam wtedy o tym, że nic o nich przecież nie wiem, było mi już wszystko jedno). Zapakowali rower i ugościli mnie jak księżniczkę – pokój z tarasem, piękny ogród a rano spakowali mi dżemy i croissanty.” I dlatego podróże są tak zaskakujące, i tak fascynujące. Zawsze wydarzy się coś niespodziewanego, nieoczekiwanego i pięknego!

Trasa z Propriano do Porto Veccio, które było kolejnym celem Karoliny to kolejne 73 km pedałowania. Pozytywne doświadczenia dnia poprzedniego skumulowały się w optymizm i nową energię, więc podróż zleciała w oka mgnieniu. Pierwszy jej etap to spore podjazdy, więc trochę trzeba było popracować, ale druga połowa zdecydowanie łatwiejsza, więc nasza Podróżniczka cieszyła się pięknymi widokami Porto Vecchio.  Przysłowiowe „cztery litery” dawały się tego dnia we znaki, bowiem przystanków było mało, ale cóż tam! Każdy kilometr był tego warty: „Porto Vecchio, czyli bajkowe miasteczko, trochę jak z filmu „tajemniczy ogród” mnóstwo wąskich uliczek, pochowanych knajpek i piękne zadbane ogrody, mają tu fajną miejscówkę z serami francuskimi i nieopodal winnice ogólnie mega klimat ! (…) Dobrze mi się siedziało przy zimnym piwku obok muzyka na żywo i wszyscy uśmiechnięci 🙂 odpoczęłam i o dziwo zostało mi ok. 20km do domu więc już z luźną głową (że na pewno dojadę) ruszyłam do miasteczka Conca położonego nieco wyżej”.

W Conca Karolina czuła się przez wiele kilometrów jak w dżungli, roślinność gęsta, a do tego przez prawie kilometr ciągnął się cmentarz (ciekawie tam mają – zamiast pomników mini świątynie dla całej familii). Do tego jakieś domki, co wydawało się mało atrakcyjne, ale wieczór w miejscu noclegu był pełen uroku i pozytywnych emocji – schłodzona Pietra, piękny ogródek, rodzinka się dosiada, pies z kotami i jaszczurkami też się kręcą, rozmowy, domowa pizza przygotowana przez gospodynię, bowiem czas kolacji już dawno minął. Generalnie cudnie! Odpoczynek przed ostatnimi 120 km do ostatniej miejscówki, która dla Karoliny miała być tzw. wisienką na torcie.

Po dobrym francuskim śniadanku ruszam dalej już do ostatniej destynacji (Ok 120km) pogoda nie oszczędza – po krótkim pitstopie na rozpływanie na pięknej plaży Plage de Canella prawie nie staję (w miejscu czuję się jak na grillu) po drodze mijam piękne winnice, plantacje drzew oliwkowych i cytryn – pięknie pachnie i słychać głośne dźwięki korsykańskich kowalików,  do tego wyjeżdżając z Conci, widziałam Kanię rudą – to ogromny ptak polujący w tych rejonach Korsyki coś jak sęp, pełno po drodze winiarni, wytwórni serów i plantacji pomidorów. Zostaje 20km do mety i łapie mnie lekki kryzys energetyczny, a 2km dalej jest zjazd na rynek, biorę banana i lecę dalej >> kilka szybkich odcinków gdzie trzeba się trochę bardziej skupić choć (i tak jeżdżą tu naprawdę ostrożnie nikt nie trąbi jest sporo rowerzystów, więc nie ma poczucia niebezpieczeństwa) spoglądam na zegarek mapa pokazuje 3,5 km do celu, nie chce mi się w to wierzyć!!! Zrobiłam to!!!! Objechałam Korsykę dookoła rowerem – bez Corse Cap’u wyszło niecałe 600 km i zajęło mi to w sumie 4,5 dnia! Chłopak, odbierając rower doznał lekkiego szoku, jak zobaczył licznik, trochę mu poopowiadałam i fotki (wiadomo) uwierzył!!! Zdecydowanie tour warty wysiłku – spotkałam cudownych ludzi i zobaczyłam piękne miejsca, nie wspominając (nie ukrywam) o pracy, jaką mnie to kosztowało – organizacji, odwagi i siły, ale chyba po to się żyje, aby być spełnionym i szczęśliwym no właśnie takiego przeżycia życzę każdemu z Was! coś pięknego ! Podróże kształcą, uczą pokory i na pewno dodają mnóstwo siły. Zatem podróżujcie ile i gdzie się da!!!”  Nic dodać, nic ująć. Podróż Karoliny po Korsyce dobiegła końca. Była wyczerpująca, ale wyjątkowa, trudna, ale fantastyczna!

Barwa dla Karoliny za pomysł i realizację, za determinację i radość życia, za siłę i odwagę! Brawo Ty! Mam nadzieję, że będziesz inspiracją dla innych, a Korsyka doskonałym celem rowerowych wypraw. Powodzenia!

Karol Zalewski, JAtrenuje

Cytaty i zdjęcia zaczerpnięte z profilu Instagram Karoliny @ _k_a_r_l_a___