O zmaganiach z Wydmą Łącką

Monika Dratwa
Monika Dratwa “MODRA”

Wokół siądźcie i słuchajcie, powiem Wam za chwilę cosik,
jak to było kiedy w Łebie zjawił się zbójnik Janosik.
Pozostaje tajemnicą, co go wiodło w te rejony,
może przykrył mapę rącką, myląc Łącko z wydmą Łącką ?

Wszedł na wydmę, spojrzał w morze i zamyślił się przez chwilę: 
“Pobiec plażą, brzegiem morza… byłoby niezmiernie mile.
Nowe więc wyzwanie stawiam, wszystkim śmiałkom bez wyjątku,
stawcie się już w październiku, w pierwszy weekend.. już od piątku !
Czekać na Was będzie morze, piasek, wydmy oraz błota,
słowińskie zagrody mijać, też będziecie obok płota.
I choć nie ma gór tu wiele, to jedno zapamiętacie,
o tej porze roku w Łebie, lepiej ubrać ciepłe gacie.”

Monika Dratwa
Monika Dratwa “MODRA”

Tu zaczyna się historia, co w pamięci mej zostanie, 
bo bez chwili zawahania wnet podjąłem to zadanie.

Choć jesienne przyszły pluchy i leniwe były muchy,
czas ponurej bardzo pory, spakowałem się w dwa wory.
I ruszyłem z kibicami, swą rodziną wprost z Janowa,
tam gdzie zbój Janosik czekał, gdzie przygoda całkiem nowa.
Kilometrów sto czekało, by je przewędrować dzielnie,
było trudno, było ciężko, nie tak jak na wczasach w Mielnie.

Monika Dratwa “MODRA”

Start planowo był o piątej w centrum Łeby – Skwer Rybaka,
wszyscy więc przybyli żwawo, cała zawodników paka.
Odliczanie rozpoczęte, zbójnik Sławek już gotowy,
trochę wieje więc się cieszę, że zabrałem krycie głowy.
Ruszyliśmy zwartą grupą, żeby trasy nie pogubić,
Sławek biegnie z nami chwilę… jak tego chłopa nie lubić.
Nikną sztuczne światła miasta, słychać morza szumy w dali,
jeszcze chwila i będziemy biec po plaży, jak na Bali.
Wiatr ze wschodu a więc w plecy, lecz przeraża mnie ten moment,
gdyż powrotna droga pod wiatr , każdy biegacz wie ..no comment.

Monika Dratwa “MODRA”

Biegnę z przodu w małej paczce , rozmawiamy sobie luźno,
o tym jaki fajny piasek… o tym by nie wrócić późno…
Wnet skręcamy ostro w lewo, tak jak strzałki nakazują
i do wydmy Łąckiej lasem wszyscy zawodnicy prują.
Góra piachu tuż przed nami, nikt tu nie był o tej porze,
tam biegniemy taką pętlę i wracamy znów nad morze.
Kilka kilometrów piaskiem, wzdłuż po plaży przemierzamy,
wschodzi słońce, piękne niebo, już dwie dychy w nogach mamy.

Monika Dratwa
Monika Dratwa “MODRA”

W dali światło miga jasne, to latarnia jest w Czołpinie,
zaraz skręcić trzeba będzie, zanim pół godziny minie.
Przebiegamy drugą wydmę, jest rozległa jak pustynia,
piasek suchy i jałowy, nie urośnie nawet dynia. 
Jeszcze tylko jedna chwila, by w Czołpinie się posilić,
baczę jeno, żeby drogi przez przypadek nie pomylić.
Szybki bufet i znów w drodze, trudny mnie odcinek czeka,
ten sam obraz horyzontu, Rowy widać już z daleka.

Nogi mokre, bo co chwilę morska fala mnie zalewa,
ptaki wodne stros

zą pióra, zrywa się do lotu mewa.
I choć plaża ta się dłuży , to jest łatwiej z kolegami,
wszyscy się motywujemy, by kręcić dalej nogami.

W wiosce Rowy na zakręcie omal nie straciłem głowy,
kiedy słyszę „Tutaj do nas …tutaj bufet jest gotowy !”
I po szybkim napojeniu, drogą prostą biegnę

Monika Dratwa
Monika Dratwa “MODRA”

w lesie,
patrzę w górę, zaraz wicher chyba deszczu nam przyniesie.
Zaś nie trwało bardzo długo, by sprawdziły się obawy,
trochę wieje, trochę pada, chęć odbiera do zabawy. 
Drogą wzdłuż jeziora Gardno, całkiem szybko podążamy,
widać w dali już wzniesienie, ponad pięć dych w nogach mamy.

Monika Dratwa
Monika Dratwa “MODRA”

Góra z wieżą widokową, a jej nazwa to Rowokół,
zanim zdobędziemy sam szczyt, obiec ją musimy wokół.
Droga leśna prawo, lewo niczym górska struga kręci,
kilkadziesiąt schodów w górę, chęć spoczynku bardzo nęci.
Tuż pod wzgórzem jest mieścina, zwą Smołdzino ją tubylcy,
ponoć w okolicznych lasach jawią się czasami wilcy.

Monika Dratwa “MODRA”

Dobra nasza..w sień wbiegamy, gdzie już czeka na nas klika,
jadło, picie do wyboru – to jest banda Janosika.
Znów ruszamy szosą twardą, asfaltową, by po chwili
Skręcić w lewo między łąki… słychać jak ptak w polu kwili.
Droga dłużyć się zaczyna, jestem sam w jej szarym pyle,
Łukasz pognał naprzód szybko, Rysiek został nieco w tyle.
Łapie mnie już otępienie, myśli odlatują z głowy,
mimo tego nogi kręcą, choć nie czuję się jak nowy.
Długą prostą pokonuję, wierząc że to ta ostatnia,
lecz niestety za zakrętem jest kolejna… co za matnia !
W końcu mijam skansen w Klukach, myślę „za mną już najgorsze”,
wpadam w błoto, jest dość grząsko, nie przejedzie tędy Porsche.
Wąska ścieżka poprzez bagna, są na szczęście takie mostki,
co pomogą przejść mokradła, mocząc co najwyżej kostki.
Trasa trudna lecz ciekawa, czasem przez kałużę lecę,
zwalniam nieco, jest dość ciężko, jakbym miał na sobie kiecę.
Już na horyzoncie drzewa, udręki jest koniec blisko,
bo w Izbicy czeka na mnie punkt odżywczy i ognisko.
Tam otuchy mi dodają, więc nadzieja mnie wypełnia,
że piętnaście kilometrów i dystansu będzie pełnia.
Znów samotnie ruszam w trasę, wyłuskując resztę siły,
zaraz będę już na mecie, zaraz będzie koniec miły.
Domy w Łebie się majaczą, są na wyciągniecie ręki,
jeszcze trzy…dwa kilometry, jeszcze tylko chwila męki.
Wzdłuż nabrzeża biegnę wolno, gdzie rybackie kutry stoją,
jeszcze schody, parę metrów, mostek..widać metę moją.

Na finiszu jest zabawa, wszyscy są witani godnie,
jest mi ciepło, czuję ulgę, choć mam przemoczone spodnie.
Dla każdego z setki zbója, niespodzianką są dwa lania,
pierwsze lanie do kieliszka, com wychylił bez wahania.
Drugie lanie żółtym pasem, bez grymasu je przyjmuję,
Harnaś osobiście leje, boli że aż podskakuję.
Pośród wrzawy mnie witają, moi bliscy co czekali,
żona Iza i syn Maksym, co przed chwilą tu przygnali.
Gulasz czeka mnie gorący, zjadam chętnie choć powoli,
Bo żołądek jest ściśnięty, czuję jak mnie wszystko boli.

Taki koniec jest historii, ten kto nie był niech żałuje,
w każdy ranek patrząc w lustro w brodę niechaj sobie pluje.
Lecz jest szansa moi bracia, by naprawić okoliczność,
i za rok się stawić w Łebie, tak jak na ultrasa przyszło.
Pisząc to już w głowie knuję, że za rok tam też startuję,
nie dla zysku nie dla sławy, lecz zwyczajnie dla zabawy.