Konradowa proza pt. “Maraton Bałtycki”

Konradowa proza pt. “Maraton Bałtycki”

Maraton Bałtycki po plaży to jeden z tych biegów, które pozostawiają ślad w pamięci każdego zawodnika. I choć 4 lata temu popełniłem już ten czyn, deklarując wówczas na mecie, że “nigdy więcej”, to jak się okazuje, pamięć ludzka jest zawodna, a w głowie pozostają tylko te dobre wspomnienia. I takie właśnie szczątkowe przebłyski pamięci, czy może chwilowy zanik rozsądku,  skłoniły mnie do ponownej próby przebiegnięcia 42 kilometrów po plaży – bo przecież nie mogło być aż tak ciężko, jak mi się wtedy wydawało. Lecz……owszem, było !

Ale od początku….

Jako, że od kilku miesięcy kiełkowała we mnie myśl, aby jesienią wystartować w ULTRAWYDMIE na dystansie 100 km, z czego ponad 40 km jest po plaży i wydmach, to naturalna wydała mi się potrzeba przetestowania swojej formy do biegania właśnie po plaży.

No i stało się – X jubileuszowy Maraton Bałtycki. Start i meta na plaży w Jastarni. Cała trasa po plaży.

W Jastarni stawiliśmy się reprezentacją ATHLETIC TEAM z samego rana w sobotę. Karolina, Agata, Iza, Karol i Darek (brat) na dystansie 21 km, a ja na rzeczonym pełnym maratonie. Nie zabrakło też sympatyków naszej grupy – żon, dzieci, partnerów, rodziców i rodzeństwa, którzy dołączyli do kibiców z całej Polski i Szwecji (bo startowało kilku Szwedów) z zamiarem wspierania nas w zmaganiach.

Plaża powitała nas bezchmurnym niebem, niestety jednocześnie powoli rosnącą temperaturą i gładką taflą morza – zero wiatru, totalna flauta. To już zapowiadało, że będzie ciężko… Po naszej krótkiej, drużynowej rozgrzewce ustawiłem się na starcie w grupie ochotników-masochistów, którzy z uśmiechami oczekiwali na zbliżający trud. Nie do końca wiem, czy były to uśmiechy mające dodać odwagi, przykryć zdenerwowanie, czy po prostu naiwność 😉

Wystrzał startera i peleton ruszył. Najpierw w kierunku Juraty, gdzie po ok. 3 km należało zawrócić i biec w kierunku Władysławowa. Tam kolejna nawrotka i już prosto do mety. Trasa przynajmniej nawigacyjnie prosta – nie ma szans, żeby coś pomylić. Po pierwszych 2 km znalazłem się w ścisłej czołówce, realizując wcześniej ustalony plan – tempo 4:40 do połowy, a potem przyspieszyć. Ha, ha, ha!!! I choć na asfalcie taki plan zapewne nie stanowiłby dla mnie problemu,

 to w tych pięknych okolicznościach przyrody ostatecznie okazał się nie do zrealizowania 🙂 Biegłem na granicy plaży i morza, co rusz wpadając w zalewającą brzeg wodę. W tym pasie piasek jest najbardziej stabilny i utwardzony,  co daje stosunkowo dobre odbicie, chłodząc jednocześnie nogi. Niestety spadek terenu w kierunku wody powoduje większe obciążenie jednej z nóg. Nie mniej i tak było to najbardziej ekonomiczne biegowo rozwiązanie. I tak mijał kilometr za kilometrem. Mijałem plażowiczów, a w okolicach Chałup nudystów. Nie zrobiło się wcale przyjemniej, o

 nie! Bo, o zgrozo, byli to sami faceci w podeszłym wieku z niemałymi brzuszkami 😉 Na horyzoncie zaczął majaczyć port we Władysławowie. Ten widok miał mi towarzyszyć przez kolejne 13 kilometrów, aż do miejsca, w którym będziemy zawracać. To były jedne z najdłuższych 13 kilometrów, jakie pokonałem w życiu. Jednostajny kierunek i ten sam niezmienny horyzont. Tak blisko, a tak daleko…. Wisienką na torcie na tym odcinku były drewniane palikowe płotki rozstawione w odległościach ok. 100 m. Maraton zamienił się w bieg z przeszkodami – 18 kilometrów przez płotki ! Na domiar złego plaża na tym odcinku okazała się bardziej miękka.

W końcu dotarłem do 25. km i zawracam. Średnie tempo do tego momentu zgodnie z założeniem 4:40 min/km, ale dalej już było tylko gorzej. Miałem przyspieszyć, a tu nie ma z czego 🙂 Upał. Czuję, że zaczynam się wlec, co niebawem skutkuje spadkiem na 3. miejsce. Biegnę już tylko od punktu do punktu, żel, woda, żel, woda….W czasie drogi powrotnej na trasie zaroiło się od plażowiczów. Co rusz mijam dzieci, uważając, by ich nie potrącić. To wybija z rytmu, który już i tak jest mocno rozhuśtany. Ludzie klaszczą, kibicują – „jeszcze tylko kawałek”. Nie mają pojęcia, że już takich „jeszczekawałków” ma za sobą kilka. Trzy kilometry przed metą spadam na 4 pozycję. Nie robi to na mnie wrażenia, wręcz jest mi już wszystko jedno, tym bardziej, że tych ostatnich kilometrów nie bardzo pamiętam. Tli się tylko wspomnienie, że widziałem metę, która się wcale nie chciała przybliżyć. Ostatnie sto metrów to dobieg po miękkim piasku. Choć słowo „bieg” jest tu raczej mocno subiektywne 🙂 Przekraczam linię mety i ledwo stoję…ale ku własnemu zaskoczeniu – jednak stoję.

Jakby to podsumować ? Nie należę do marud, ale tam naprawdę było ciężko. Na mecie po żadnej setce nie czułem się tak zajechany, jak właśnie po tym biegu. Piasek, upał i mimo wszystko, jak na te warunki, szybkie tempo, wykończyły mnie kompleksowo. Czas końcowy 3:39 i 4 miejsce OPEN. Organizator przewidział udekorowanie sześciu pierwszych zawodników OPEN, więc to czwarte miejsce nie było aż takie złe, jak się okazuje zazwyczaj. Dostałem nagrodę pocieszenia 🙂

Czy tam jeszcze kiedyś wystartuję ? Dziś mogę napisać, że jest to niewykluczone, a wręcz dość prawdopodobne 🙂 

A sama impreza na pewno godna polecenia. Dobra organizacja, świetne miejsce i klimat. Podobno gdzieś w  Europie jest jeszcze tylko jeden maraton  rozgrywany w całości po plaży, więc daje to pewien rodzaj elitarności temu biegowi 🙂

Konrad Wyganowski – plażowy maratończyk