Maratony duże i małe 2020 – zapowiedź

maratony zagraniczne

Autor tekstu: Małgorzata Zalewska

  2020 – MARATONY ZAGRANICZNE, DUŻE I MAŁE
ZAPOWIEDŹ I INFORMACJE WSTĘPNE

        W 2019r. wprowadziliśmy na www.jatrenuje.pl cykl ZAGRANICZNE MARATONY DUŻE I MAŁE.
        Rok pracy nad tym cyklem i zbierania doświadczeń skłonił nas do wprowadzenia pewnych zmian, zdefiniowania pojęć, a przede wszystkim do uporządkowania obszernej materii.

I tak:
MARATONY DUŻE, to dla nas wyłącznie sześć maratonów z serii Abbott World Marathon Majors, czyli, w kolejności chronologicznej:

Tokio – 01.03.2020, Boston – 20.04.2020, Londyn – 26.04.2020, Berlin – 27.09.2020, Chicago – 11.10.2020, Nowy Jork – 01.11.2020.

MARATONY MAŁE, to umowna nazwa maratonów organizowanych w stolicach europejskich. W tym roku skupimy się na: Barcelona – 15.03.2020, Rzym – 29.03.2020, Paryż – 05.04.2020 i Lizbona 11.10.2020

Jak informowaliśmy rok temu, chcemy chętnym – biegaczom i kibicom – ułatwić decyzję o uczestnictwie, poprzez podpowiedzi jak się na wyjazd na taki maraton przygotować organizacyjnie.

Informacje merytoryczne, takie jak:
         • formalności i termin zgłoszenia chęci udziału
         • wpisowe – ile, kiedy i jak uiścić
         • adres biura zawodów – pakiety startowe
         • etc, etc
każdy z uczestników znajdzie na stronie internetowej konkretnego maratonu i w bezpośredniej korespondencji z organizatorem biegu.

My spróbujemy podpowiedzieć:
        • czy Polak potrzebuje wizy do danego kraju
        • czym do konkretnej miejscowości dojechać i jak z niej wrócić
       • jak dotrzeć z portu lotniczego do hotelu
       • gdzie zanocować,
       • dojazd do miejsca startu zawodów i powrót do hotelu po biegu.
       • co, przy okazji, podczas 2-4 dniowego pobytu obejrzeć lub zwiedzić, aby wyjazd na maraton wzbogacić pogłębieniem swojej wiedzy o danym miejscu
       • nieco o komunikacji publicznej
       • orientacyjne ceny

Mamy nadzieję, że nasze podpowiedzi przydadzą się wyjeżdżającym, a przy okazji sami pogłębiamy naszą wiedzę o świecie.

Pomysłodawca cyklu: Karol Zalewski
karol@jatrenuje.pl

      

O zmaganiach z Wydmą Łącką

Monika Dratwa
Monika Dratwa “MODRA”

Wokół siądźcie i słuchajcie, powiem Wam za chwilę cosik,
jak to było kiedy w Łebie zjawił się zbójnik Janosik.
Pozostaje tajemnicą, co go wiodło w te rejony,
może przykrył mapę rącką, myląc Łącko z wydmą Łącką ?

Wszedł na wydmę, spojrzał w morze i zamyślił się przez chwilę: 
“Pobiec plażą, brzegiem morza… byłoby niezmiernie mile.
Nowe więc wyzwanie stawiam, wszystkim śmiałkom bez wyjątku,
stawcie się już w październiku, w pierwszy weekend.. już od piątku !
Czekać na Was będzie morze, piasek, wydmy oraz błota,
słowińskie zagrody mijać, też będziecie obok płota.
I choć nie ma gór tu wiele, to jedno zapamiętacie,
o tej porze roku w Łebie, lepiej ubrać ciepłe gacie.”

Monika Dratwa
Monika Dratwa “MODRA”

Tu zaczyna się historia, co w pamięci mej zostanie, 
bo bez chwili zawahania wnet podjąłem to zadanie.

Choć jesienne przyszły pluchy i leniwe były muchy,
czas ponurej bardzo pory, spakowałem się w dwa wory.
I ruszyłem z kibicami, swą rodziną wprost z Janowa,
tam gdzie zbój Janosik czekał, gdzie przygoda całkiem nowa.
Kilometrów sto czekało, by je przewędrować dzielnie,
było trudno, było ciężko, nie tak jak na wczasach w Mielnie.

Monika Dratwa “MODRA”

Start planowo był o piątej w centrum Łeby – Skwer Rybaka,
wszyscy więc przybyli żwawo, cała zawodników paka.
Odliczanie rozpoczęte, zbójnik Sławek już gotowy,
trochę wieje więc się cieszę, że zabrałem krycie głowy.
Ruszyliśmy zwartą grupą, żeby trasy nie pogubić,
Sławek biegnie z nami chwilę… jak tego chłopa nie lubić.
Nikną sztuczne światła miasta, słychać morza szumy w dali,
jeszcze chwila i będziemy biec po plaży, jak na Bali.
Wiatr ze wschodu a więc w plecy, lecz przeraża mnie ten moment,
gdyż powrotna droga pod wiatr , każdy biegacz wie ..no comment.

Monika Dratwa “MODRA”

Biegnę z przodu w małej paczce , rozmawiamy sobie luźno,
o tym jaki fajny piasek… o tym by nie wrócić późno…
Wnet skręcamy ostro w lewo, tak jak strzałki nakazują
i do wydmy Łąckiej lasem wszyscy zawodnicy prują.
Góra piachu tuż przed nami, nikt tu nie był o tej porze,
tam biegniemy taką pętlę i wracamy znów nad morze.
Kilka kilometrów piaskiem, wzdłuż po plaży przemierzamy,
wschodzi słońce, piękne niebo, już dwie dychy w nogach mamy.

Monika Dratwa
Monika Dratwa “MODRA”

W dali światło miga jasne, to latarnia jest w Czołpinie,
zaraz skręcić trzeba będzie, zanim pół godziny minie.
Przebiegamy drugą wydmę, jest rozległa jak pustynia,
piasek suchy i jałowy, nie urośnie nawet dynia. 
Jeszcze tylko jedna chwila, by w Czołpinie się posilić,
baczę jeno, żeby drogi przez przypadek nie pomylić.
Szybki bufet i znów w drodze, trudny mnie odcinek czeka,
ten sam obraz horyzontu, Rowy widać już z daleka.

Nogi mokre, bo co chwilę morska fala mnie zalewa,
ptaki wodne stros

zą pióra, zrywa się do lotu mewa.
I choć plaża ta się dłuży , to jest łatwiej z kolegami,
wszyscy się motywujemy, by kręcić dalej nogami.

W wiosce Rowy na zakręcie omal nie straciłem głowy,
kiedy słyszę „Tutaj do nas …tutaj bufet jest gotowy !”
I po szybkim napojeniu, drogą prostą biegnę

Monika Dratwa
Monika Dratwa “MODRA”

w lesie,
patrzę w górę, zaraz wicher chyba deszczu nam przyniesie.
Zaś nie trwało bardzo długo, by sprawdziły się obawy,
trochę wieje, trochę pada, chęć odbiera do zabawy. 
Drogą wzdłuż jeziora Gardno, całkiem szybko podążamy,
widać w dali już wzniesienie, ponad pięć dych w nogach mamy.

Monika Dratwa
Monika Dratwa “MODRA”

Góra z wieżą widokową, a jej nazwa to Rowokół,
zanim zdobędziemy sam szczyt, obiec ją musimy wokół.
Droga leśna prawo, lewo niczym górska struga kręci,
kilkadziesiąt schodów w górę, chęć spoczynku bardzo nęci.
Tuż pod wzgórzem jest mieścina, zwą Smołdzino ją tubylcy,
ponoć w okolicznych lasach jawią się czasami wilcy.

Monika Dratwa “MODRA”

Dobra nasza..w sień wbiegamy, gdzie już czeka na nas klika,
jadło, picie do wyboru – to jest banda Janosika.
Znów ruszamy szosą twardą, asfaltową, by po chwili
Skręcić w lewo między łąki… słychać jak ptak w polu kwili.
Droga dłużyć się zaczyna, jestem sam w jej szarym pyle,
Łukasz pognał naprzód szybko, Rysiek został nieco w tyle.
Łapie mnie już otępienie, myśli odlatują z głowy,
mimo tego nogi kręcą, choć nie czuję się jak nowy.
Długą prostą pokonuję, wierząc że to ta ostatnia,
lecz niestety za zakrętem jest kolejna… co za matnia !
W końcu mijam skansen w Klukach, myślę „za mną już najgorsze”,
wpadam w błoto, jest dość grząsko, nie przejedzie tędy Porsche.
Wąska ścieżka poprzez bagna, są na szczęście takie mostki,
co pomogą przejść mokradła, mocząc co najwyżej kostki.
Trasa trudna lecz ciekawa, czasem przez kałużę lecę,
zwalniam nieco, jest dość ciężko, jakbym miał na sobie kiecę.
Już na horyzoncie drzewa, udręki jest koniec blisko,
bo w Izbicy czeka na mnie punkt odżywczy i ognisko.
Tam otuchy mi dodają, więc nadzieja mnie wypełnia,
że piętnaście kilometrów i dystansu będzie pełnia.
Znów samotnie ruszam w trasę, wyłuskując resztę siły,
zaraz będę już na mecie, zaraz będzie koniec miły.
Domy w Łebie się majaczą, są na wyciągniecie ręki,
jeszcze trzy…dwa kilometry, jeszcze tylko chwila męki.
Wzdłuż nabrzeża biegnę wolno, gdzie rybackie kutry stoją,
jeszcze schody, parę metrów, mostek..widać metę moją.

Na finiszu jest zabawa, wszyscy są witani godnie,
jest mi ciepło, czuję ulgę, choć mam przemoczone spodnie.
Dla każdego z setki zbója, niespodzianką są dwa lania,
pierwsze lanie do kieliszka, com wychylił bez wahania.
Drugie lanie żółtym pasem, bez grymasu je przyjmuję,
Harnaś osobiście leje, boli że aż podskakuję.
Pośród wrzawy mnie witają, moi bliscy co czekali,
żona Iza i syn Maksym, co przed chwilą tu przygnali.
Gulasz czeka mnie gorący, zjadam chętnie choć powoli,
Bo żołądek jest ściśnięty, czuję jak mnie wszystko boli.

Taki koniec jest historii, ten kto nie był niech żałuje,
w każdy ranek patrząc w lustro w brodę niechaj sobie pluje.
Lecz jest szansa moi bracia, by naprawić okoliczność,
i za rok się stawić w Łebie, tak jak na ultrasa przyszło.
Pisząc to już w głowie knuję, że za rok tam też startuję,
nie dla zysku nie dla sławy, lecz zwyczajnie dla zabawy.

 

Jak to z Wojakiem było…

      Życie bywa przewrotne… nawet jeśli uprawiasz sport, lubisz to i wydaje Ci się, że jesteś w tym w miarę dobry, to nigdy nie wiesz, kiedy sprawność fizyczną może być ci potrzebna w kategoriach życiowej użyteczności. Tak właśnie było w przypadku Damiana, który będąc zawodowym żołnierzem, miał co prawda świadomość, że musi utrzymywać swoją kondycję na takim poziomie, aby zadania wynikające z racji służby wojskowej mógł wykonywać efektywnie, to jednak samodzielne treningi nie dawały gwarancji odpowiedniej formy fizycznej.

     Okazało się zatem pewnego dnia, że wyśrubowane normy egzaminów sprawnościowych dla zawodowych żołnierzy mogą stać się powodem nieprzedłużenia kontraktu. A to, jak wiadomo, życiowa tragedia. Dlatego Damian postanowił znaleźć kogoś, kto będzie umiał pomóc mu w zdobyciu takiego poziomu sprawności, wytrzymałości i i formy, który pozwoli na zaliczenie egzaminu i poprawę kondycji. Karola, czyli JAtrenuje, znalazł dzięki Internetowi. Fantastyczne opinie tych wszystkich, którzy kiedykolwiek mieli do czynienia z treningami u Karola, spowodowały że Damian zadzwonił właśnie do Niego i umówił się na pierwsze zajęcia.

     I tak się zaczęła ich wspólna sportowa przygoda. Panowie trenowali od lipca do 10 września. Dużo to czy mało? W Przypadku Damiana był to czas wystarczający, ponieważ jest on osobą, która uprawia sport, dba o formę, ale w tym momencie potrzebował intensywności i motywacji pod opieką kogoś, kto jest w tej dziedzinie profesjonalistą.

     Treningi z Karolem koncentrowały się przede wszystkim na wytrzymałości i technice. Biegi, ćwiczenia ogólnorozwojowe, wytrzymałościowe, siłowe miały doprowadzić do tego, że Damian zaliczy egzamin bez żadnych problemów i ze świetnym wynikiem.

    ​ Jak myślicie? Udało się? Oczywiście, że tak. Co prawda w czasie treningów wyniki nie były takie, jakich obydwaj Panowie by oczekiwali. Jednak Karol nie odpuszczał i przed samym egzaminem powiedział swojemu Podopiecznemu: „Damianie na egzaminie idziesz na rekord”. I tak się stało. A łatwo wcale nie było. Sprawdzian polegał na biegu 10×10, wykonaniu 50 brzuszków w czasie 2 min. oraz 50 pompek, przy czym ich technika musiała być wzorowa, w przeciwnym wypadku prowadzący egzamin przerwałby go. Zatem uwagi Karola, jego perfekcjonizm w kwestii technicznej oraz dostosowaniu treningów do potrzeb i możliwości Podopiecznego sprawdziły się w 100%. Damian nie tylko zdał egzamin ze świetnym wynikiem, nie tylko zrobił go w rekordowym czasie, ale również zdobył wiedzę, która przydaje mu się w tej chwili w jego codziennych samodzielnych treningach. Wie już, jak ważna jest rozgrzewka, jak przeprowadzać ją w sposób odpowiedni i sensowny, wie, jak w sposób prawidłowy technicznie wykonywać poszczególne elementy treningu. Zatem teraz radzi sobie już sam.

      Jednak Damian postanowił, że treningi letnie nie będą jego ostatnimi spotkaniami z Karolem. Panowie umówili się ponownie na wiosnę, aby zweryfikować kilkumiesięczne samodzielne treningi Damiana, sprawdzić postępy, ustalić kolejne cele i plany działania.

     Okazuje się zatem, że nawet jeśli wiesz coś o sporcie, znasz swój organizm, Twoja praca wymaga utrzymania sprawności fizycznej, to jednak treningi z profesjonalnym trenerem osobistym są czasem niezbędne. Damian jest tego doskonałym przykładem. Gratulujemy świetnej formy, zdanego egzaminu i życzymy dalszych sukcesów sportowych i zawodowych. Brawo Damianie!

Tekst: Edyta Karpiusz

Konradowa proza pt. “Maraton Bałtycki”

Maraton Bałtycki po plaży to jeden z tych biegów, które pozostawiają ślad w pamięci każdego zawodnika. I choć 4 lata temu popełniłem już ten czyn, deklarując wówczas na mecie, że “nigdy więcej”, to jak się okazuje, pamięć ludzka jest zawodna, a w głowie pozostają tylko te dobre wspomnienia. I takie właśnie szczątkowe przebłyski pamięci, czy może chwilowy zanik rozsądku,  skłoniły mnie do ponownej próby przebiegnięcia 42 kilometrów po plaży – bo przecież nie mogło być aż tak ciężko, jak mi się wtedy wydawało. Lecz……owszem, było !

Ale od początku….

Jako, że od kilku miesięcy kiełkowała we mnie myśl, aby jesienią wystartować w ULTRAWYDMIE na dystansie 100 km, z czego ponad 40 km jest po plaży i wydmach, to naturalna wydała mi się potrzeba przetestowania swojej formy do biegania właśnie po plaży.

No i stało się – X jubileuszowy Maraton Bałtycki. Start i meta na plaży w Jastarni. Cała trasa po plaży.

W Jastarni stawiliśmy się reprezentacją ATHLETIC TEAM z samego rana w sobotę. Karolina, Agata, Iza, Karol i Darek (brat) na dystansie 21 km, a ja na rzeczonym pełnym maratonie. Nie zabrakło też sympatyków naszej grupy – żon, dzieci, partnerów, rodziców i rodzeństwa, którzy dołączyli do kibiców z całej Polski i Szwecji (bo startowało kilku Szwedów) z zamiarem wspierania nas w zmaganiach.

Plaża powitała nas bezchmurnym niebem, niestety jednocześnie powoli rosnącą temperaturą i gładką taflą morza – zero wiatru, totalna flauta. To już zapowiadało, że będzie ciężko… Po naszej krótkiej, drużynowej rozgrzewce ustawiłem się na starcie w grupie ochotników-masochistów, którzy z uśmiechami oczekiwali na zbliżający trud. Nie do końca wiem, czy były to uśmiechy mające dodać odwagi, przykryć zdenerwowanie, czy po prostu naiwność 😉

Wystrzał startera i peleton ruszył. Najpierw w kierunku Juraty, gdzie po ok. 3 km należało zawrócić i biec w kierunku Władysławowa. Tam kolejna nawrotka i już prosto do mety. Trasa przynajmniej nawigacyjnie prosta – nie ma szans, żeby coś pomylić. Po pierwszych 2 km znalazłem się w ścisłej czołówce, realizując wcześniej ustalony plan – tempo 4:40 do połowy, a potem przyspieszyć. Ha, ha, ha!!! I choć na asfalcie taki plan zapewne nie stanowiłby dla mnie problemu,

 to w tych pięknych okolicznościach przyrody ostatecznie okazał się nie do zrealizowania 🙂 Biegłem na granicy plaży i morza, co rusz wpadając w zalewającą brzeg wodę. W tym pasie piasek jest najbardziej stabilny i utwardzony,  co daje stosunkowo dobre odbicie, chłodząc jednocześnie nogi. Niestety spadek terenu w kierunku wody powoduje większe obciążenie jednej z nóg. Nie mniej i tak było to najbardziej ekonomiczne biegowo rozwiązanie. I tak mijał kilometr za kilometrem. Mijałem plażowiczów, a w okolicach Chałup nudystów. Nie zrobiło się wcale przyjemniej, o

 nie! Bo, o zgrozo, byli to sami faceci w podeszłym wieku z niemałymi brzuszkami 😉 Na horyzoncie zaczął majaczyć port we Władysławowie. Ten widok miał mi towarzyszyć przez kolejne 13 kilometrów, aż do miejsca, w którym będziemy zawracać. To były jedne z najdłuższych 13 kilometrów, jakie pokonałem w życiu. Jednostajny kierunek i ten sam niezmienny horyzont. Tak blisko, a tak daleko…. Wisienką na torcie na tym odcinku były drewniane palikowe płotki rozstawione w odległościach ok. 100 m. Maraton zamienił się w bieg z przeszkodami – 18 kilometrów przez płotki ! Na domiar złego plaża na tym odcinku okazała się bardziej miękka.

W końcu dotarłem do 25. km i zawracam. Średnie tempo do tego momentu zgodnie z założeniem 4:40 min/km, ale dalej już było tylko gorzej. Miałem przyspieszyć, a tu nie ma z czego 🙂 Upał. Czuję, że zaczynam się wlec, co niebawem skutkuje spadkiem na 3. miejsce. Biegnę już tylko od punktu do punktu, żel, woda, żel, woda….W czasie drogi powrotnej na trasie zaroiło się od plażowiczów. Co rusz mijam dzieci, uważając, by ich nie potrącić. To wybija z rytmu, który już i tak jest mocno rozhuśtany. Ludzie klaszczą, kibicują – „jeszcze tylko kawałek”. Nie mają pojęcia, że już takich „jeszczekawałków” ma za sobą kilka. Trzy kilometry przed metą spadam na 4 pozycję. Nie robi to na mnie wrażenia, wręcz jest mi już wszystko jedno, tym bardziej, że tych ostatnich kilometrów nie bardzo pamiętam. Tli się tylko wspomnienie, że widziałem metę, która się wcale nie chciała przybliżyć. Ostatnie sto metrów to dobieg po miękkim piasku. Choć słowo „bieg” jest tu raczej mocno subiektywne 🙂 Przekraczam linię mety i ledwo stoję…ale ku własnemu zaskoczeniu – jednak stoję.

Jakby to podsumować ? Nie należę do marud, ale tam naprawdę było ciężko. Na mecie po żadnej setce nie czułem się tak zajechany, jak właśnie po tym biegu. Piasek, upał i mimo wszystko, jak na te warunki, szybkie tempo, wykończyły mnie kompleksowo. Czas końcowy 3:39 i 4 miejsce OPEN. Organizator przewidział udekorowanie sześciu pierwszych zawodników OPEN, więc to czwarte miejsce nie było aż takie złe, jak się okazuje zazwyczaj. Dostałem nagrodę pocieszenia 🙂

Czy tam jeszcze kiedyś wystartuję ? Dziś mogę napisać, że jest to niewykluczone, a wręcz dość prawdopodobne 🙂 

A sama impreza na pewno godna polecenia. Dobra organizacja, świetne miejsce i klimat. Podobno gdzieś w  Europie jest jeszcze tylko jeden maraton  rozgrywany w całości po plaży, więc daje to pewien rodzaj elitarności temu biegowi 🙂

Konrad Wyganowski – plażowy maratończyk

 

 

TCS New York City Marathon

MARATONY  ZAGRANICZNE – DUŻE  I  MAŁE

TCS  NEW  YORK  CITY  MARATHON

Data – 3 listopada 2019r.               

START – Staten Island, zachodni kraniec mostu Verazzano-Narrows Bridge

META – Central Park, na wysokości West 67th Street

 

Informacje szczegółowe:    www.tcsnycmarathon.org

Maraton w Nowym Jorku, jest kolejnym z cyklu Abbot World Marathon Majors, czyli sześciu największych i najbardziej renomowanych maratonów na świecie. Do cyklu należą maratony w: Londynie, Tokio, Berlinie, Chicago, Bostonie i Nowym Jorku.

 Zgodnie z zapowiedzią, poniżej przedstawiamy, informacje okołomaratonowe, tj. podróż, noclegi, komunikacja na miejscu, zwiedzanie….

Może zachęcimy kogoś do ubiegania się o uczestnictwo w tym maratonie w kolejnych latach. A może, w oparciu o nasze informacje, znajdą się chętni na wyjazd w celu kibicowania sportowcom i przeżycia tego fascynującego święta sportu.

Informacje zwrotne mile widziane.

Ponieważ maraton nowojorski odbędzie się za około 2 miesiące, sądzę, że zawarte w tym materiale informacje mogą być bardziej przydatne przed zawodami w 2020r. Oczywiście, po uaktualnieniu godzin lotów i pociągów.

Sprawa podstawowa – Polacy, na wjazd do USA, potrzebują wizę turystyczną.

Wizy uzyskuje się bezpośrednio w placówkach dyplomatycznych, tj. w Ambasadzie USA w Warszawie lub w Konsulacie USA w Krakowie – cena 160$

Są, również, Biura Turystyczne, które oferują usługę pozyskiwania turystycznych wiz wjazdowych do USA.

Trzeba także mieć świadomość, że zarówno sama podróż, jak i pobyt w USA będą zdecydowanie droższe niż wyjazd na jakikolwiek maraton w Europie.

 

PODRÓŻ

Optymalny czas pobytu to środa, 30.10 – wtorek, 5.11.2019r., m.in. ze względu na aklimatyzację związaną ze zmianą czasu (w Nowym Jorku jest –6h w stosunku do Warszawy) oraz konieczność odpoczynku po długiej podróży,

PKP Intercity  

Gdynia Główna          8.15  lub 9.15              Warszawa Zachodnia                        11.49  lub  12.49

Powrót                       

Warszawa Zachodnia                        14.10  lub  14.40         Gdynia Główna          17.49  lub  18.46

 Warszawa Zachodnia łączy się z Portem Lotniczym Chopina 3 liniami kolejowymi: SKM linie S2 i S3 oraz Koleje Mazowieckie KM

lub własny samochód

 LOT

Warszawa – Chopin   16.45               New York – J.F.Kennedy      21.30      przelot 9h45min.

Powrót

New York – J.F.K.    22.20  (5.11.2019)       Warszawa – Chopin     12.40  (6.11.2019)

 Port lotniczy J.F. Kennedy składa się z sześciu terminali rozmieszczonych wokół swoistej pętli, którą stanowią: na poziomie gruntu drogi kołowe, a na wyniesionych
w górę wiaduktach – drogi szynowe.

Na terenie portu lotniczego kursują trzy linie AirTrain:

Gold – przewozi podróżnych z terminalu na terminal, kursuje w obiegu zamkniętym wokół pętli

Green – wokół pętli i transportuje podróżnych do sieci metra, tj. do stacji Howard Beach

Red – wokół pętli i transportuje podróżnych do sieci metra, tj. do stacji Jamaica

Informacje i mapka tutaj: https://www.jfkairport.com/to-from-airport/air-train

Znając usytuowanie hotelu, w którym zarezerwowaliście sobie noclegi, dokonujecie wyboru linii metra z najbliżej położoną stacją. I na tej podstawie decydujecie się, którą linią AirTrain wyjechać z lotniska.

 

NOCLEGI

Chyba najkorzystniejszą opcją jest zakwaterowanie w zachodniej części Brooklynu. W tym rejonie, mniej więcej wzdłuż trasy maratonu, można znaleźć około 15 hoteli, 2, 3 i 4 gwiazdkowych, w cenach za pokój 2-osobowy w granicach od 800$ do 1700$ za 6 nocy.

Stosunkowo nie skomplikowany byłby do nich dojazd z lotniska. Ponadto ta część Brooklynu ma bardzo rozwiniętą sieć metra (wiele linii), wobec czego wycieczki, np. na Manhattan nie będą stanowiły problemu.

Inna opcja to północno-zachodni Brooklyn, w tym Greenpoint i, dalej na północ – zachodni Queens, czyli pas wzdłuż East River, gdzie na przeciwległym brzegu jest Manhattan. Tutaj ceny kształtują się na wysokości od 800$ do 2800$, zaś skomunikowanie tej części miasta
z portem lotniczym i Manhattanem jest równie korzystne.

I, o dziwo, na stronie booking.com są jeszcze w tych hotelach wolne pokoje – na 2 miesiące przed maratonem.

 

MARATON

Trasa maratonu, w oparciu o mapkę z 2018 roku:

prowadzi ze Staten Island przez Verazzano-Narrows Bridge, na wschód do Brooklynu. Przez Brooklyn – ulicą 4th Ave – na północ, przecina m.in. „polski” Greenpoint i kawałek zachodniego Queens. Następnie na zachód, przez przebiegający nad Roosvelt Island, Queensboro Bridge na Manhattan. To będzie około 25 kilometr. Za mostem ostro w prawo i ulicą 1st Avenue
w kierunku północno-wschodnim aż do wschodniego Harlemu. Przez most Willis Avenue Bridge trasa wchodzi na teren południowego Bronxu, żeby za kawałek, kolejnym mostem Third Avenue Bridge wrócić do Harlemu – około 35 kilometr. Dalej słynną 5th Avenue na południowy zachód, w części wzdłuż wschodniej granicy Central Park, mniej więcej do polowy długości Parku. Następnie, już na terenie Parku, do jego południowego obrzeża, w prawo do końca szerokości Parku i jeszcze raz w prawo, do mety.

Trasa maratonu obejmuje wszystkie główne dzielnice miasta, i taki był zamysł ustalenia jej przebiegu.

Mapka trasy pojawi się na stronie maratonu w połowie września, zakładka RACE DAY
i dalej THE COURSE

Wydaje się, że jest możliwe kibicowanie biegaczom w dwóch miejscach:

Pierwsze miejsce, około 10-12 kilometra przy ulicy 4th Ave na odcinku pomiędzy Douglass St i Atlantic Ave.

Stąd należy później pójść w kierunku wschodnim do Flatbush Ave, przy której, na skrzyżowaniu z Bergen St znajduje się stacja metra BERGEN STREET. Pociągiem linii ciemnozielonej, nr 4, można bez przesiadek dojechać do stacji 110 STREET STATION lub 116 STREET STATION, lub 125 STREET STATION, czyli stacji położonych w okolicy
35 kilometra trasy. Z metra trzeba przejść lub podjechać autobusem w kierunku zachodnim do ulicy Fifth Ave.

Drugie miejsce, około 35-38 kilometra przy ulicy Fifth Ave przy Central Parku.

 

KOMUNIKACJA MIEJSKA

Na każdej stacji AirTrain na lotnisku są automaty biletowe.

Można w nich kupić bilety jednorazowe po 2,75$ lub Pey-Per-Ride MetroCard w cenach od 5,50$ do 80$, na taką ilość przejazdów jaka jest potrzebna. Przy zakupie Pey-Per-Ride MetroCard, automat skasuje jednorazową opłatę 1$. Karty te można w automatach doładowywać. Obowiązują w całej sieci MTA, na metra i autobusy.

Inna opcja to 7-Day Unlimited Ride MetroCard za 33$, też na całą sieć MTA. Ta karta pozwala na nieograniczoną ilość przejazdów w ciągu 7 dób od pierwszego skasowania. Przy jej zakupie również trzeba zapłacić 1$.

Sieć komunikacji publicznej w Nowym Jorku jest tak skomplikowana, że może sugestie czym, i skąd – dokąd pojechać, należy sprawdzać na miejscu.

Poniżej podaję namiary na mapki transportu. Jestem przekonana, że można takie mapki
w wersji papierowej nabyć już na lotnisku.

Na stronie https://new.mta.info/sites/default/files/2019-07/subway_map_web_2.pdf znajdziecie mapkę New York City Subway, a na stronie https://new.mta.info/maps/bus mapki linii autobusowych, odrębnie dla każdej dzielnicy.

Z ich pomocą dacie sobie radę w przemieszczaniu się po mieście.

 

ZWIEDZANIE

 NEW YORK CITY

Ogromne miasto, w stanie New York, składające się z trzech odrębnych części:

  • część północna, z dzielnicami Manhattan i Bronx, leży na południowym krańcu półwyspu oblewanego od zachodu wodami rzeki Hudson, a od wchodu – East River.
  • dzielnice Brooklyn i Queens, stanowiące największą terytorialnie część miasta, leżą na zachodnim krańcu wyspy Long Island,
  • na zachód od Long Island znajduje się wyspa Staten Island, w całości objęta granicami administracyjnymi miasta. Staten Island ma tylko jedno połączenie drogowe z resztą miasta; jest to most Verazzano-Narrows Bridge prowadzący do Brooklynu. Zachodni kraniec tego mostu będzie stanowił linię startową maratonu. Z Manhattanu dociera się do wyspy promami. Od północy i zachodu można się na Staten Island dostać
    z miejscowości należących do stanu New Jersey, a położonych na przeciwnym brzegu.

Do Nowego Jorku należy ponadto sporo mniejszych i większych wysp i wysepek.

 Jak zawsze i wszędzie, warto jest mieć przy sobie mapę miasta lub mały przewodnik.

 

W dniu przyjazdu

Obawiam się, że po dobie przedłużonej o 6 godzin (różnica czasu) i długiej, męczącej podróży, do hotelu dotrzecie około północy lub później, zwiedzania raczej nie będzie. Jakiś posiłek
(o ile się uda), kąpiel i sen.

W kolejnym dniu, czyli w czwartek,

Tym razem propozycja będzie nieco inna niż we wcześniejszych moich opracowaniach, ponieważ – jak sądzę – trudno będzie dostać się do strefy startu, by jej się przyjrzeć.

Przypuszczam, że dla biegaczy, organizatorzy zawodów przygotowali specjalny transport na Staten Island, na linię startu. Inaczej nie wyobrażam sobie jak taka masa ludzi mogłaby się tam dostać.

Zgodnie z moją propozycją, żeby kibicować zawodnikom w dwóch miejscach proponuję, aby – korzystając z mapki trasy maratonu – wybrać sobie miejsce dogodne do kibicowania, niedaleko swojego hotelu (zakładam, że to będzie na Brooklynie)  i blisko stacji metra, z której łatwo będzie dotrzeć w pobliże Central Park.

Następnie warto ten przejazd „przećwiczyć” i zorientować się w możliwości kibicowania już na Fifth Avenue.

Przy okazji warto przejść się tą „słynną” Piątą Aleją

Skoro już będziecie w pobliżu Central Park, może warto po nim pochodzić, zobaczyć co oferuje: zbiorniki wodne, mosty i mostki, fontanny, tereny do uprawiania różnego rodzaju aktywności fizycznej, pomniki, historyczne obiekty architektoniczne, jakieś łuki, przepusty etc.

Myślę, że może to być bardzo przyjemne i relaksujące po wczorajszym dniu w podróży.

Na mapie Manhattanu, Central Park to duży zielony prostokąt. W pobliżu górnego lewego narożnika tego prostokąta, znajduje się dolny kraniec innego parku Morningside Park, który jest chyba bardziej naturalny, jakby mniej „urządzony”.

Na zachodnim skraju tego parku, z wejściem przy Amsterdam Ave stoi monumentalna anglikańska Katedra Św. Jana Bożego w Nowym Jorku, Cathedral Church of St John the Divine, która po troskliwej modernizacji jest jedną z największych atrakcji Nowego Jorku.                         Budowę katedry rozpoczęto w 1892 roku. Pierwotnie miała to być katedra romańska, jednak po 20 latach budowy i śmierci jej głównego architekta, zmieniono projekt na neogotycki. Pierwszą mszę odprawiono w przeddzień ataku na Pearl Harbor, i na czas wojny prace budowlane zostały zawieszone. 

Tak więc od ponad 100 lat katedra jest wciąż w budowie. Po pożarze w 2001 roku przez kilka lat zbierano środki na renowację i w 2008 katedra ponownie została poświęcona. Mimo, że katedra jest już w ok. 2/3 gotowa, trudno nawet oszacować, kiedy jej budowa zostanie zakończona.

Katedra Św. Jana Bożego w Nowym Jorku jest ogromna. Główna nawa ma około 100 metrów długości i może pomieścić 5 tysięcy wiernych. Miejsca pod kopułą wystarczyłoby, żeby zmieścić w katedrze Statuę Wolności!

Zwiedzanie Katedry jest bezpłatne, choć wypada zostawić drobny datek na tacy.

Obok Katedry znajduje się bardzo ciekawy Ogród Biblijny z Fontanną Pokoju

Po wyjściu z katedry na Amsterdam Ave proponuję skręcić w prawo i pójść do przecznicy
W 110th St, skręcić w prawo i pójść tą ulicą do końca. W lewym narożniku jest katolicki kościół Notre Dame. Wejdźcie do niego, jeśli będzie otwarty (może bocznym wejściem przez zakrystię). W tym kościele jest niezwykłe prezbiterium, które warto obejrzeć. Cała ściana stanowi replikę groty skalnej z sanktuarium w Lourdes we Francji, gdzie w 1858r. małej Bernadetcie Soubirous ukazała się Maryja.

I to chyba wystarczy na jeden dzień.

Powrót na Brooklyn:

Od głównego wejścia kościoła Notre Dame trzeba pójść w prawo ulicą Morningside Dr do 
W 110th St – Cathedral Pkwy, następnie w lewo. W lewym górnym narożniku Central Park
(o którym wspominałam powyżej) jest małe rondo dedykowane Frederic Douglass, a przy nim stacja metra CATEDRAL PKWY. Z tej stacji odchodzą pociągi, niebieski A i C oraz pomarańczowy B i D – każdy z nich dojeżdża do centrum Brooklynu.

 

W piątek

Proponuję całodzienną wycieczkę na Manhattan, głównie dolny Manhattan, bo to dla nas Europejczyków, może być sporą atrakcją.

Dojazd z Brooklynu na dolny Manhattan:

Linia czerwona 2 i 3 do stacji WALL ST, linia niebieska A i C do stacji FULTON ST oraz linia zielona 4 do stacji WALL ST.

Po wyjściu z metra, proponuję odnaleźć – przy nabrzeżu – koniec ulicy Wall Street, ulicy znanej z wiadomości ekonomicznych, ale także z filmów.

Zaczynając spacer Wall Street od nabrzeża, mijamy po drodze wyższe lub niższe wieżowce, a w nich banki, instytucje finansowe, maklerskie i biznesowe,  TheTramp Building, Museum of American Finance, Federal Hall, etc.

I, taka symboliczna ciekawostka, w osi ulicy na wprost widzimy fasadę anglikańskiego kościoła św. Trójcy, Trinity Church. Wygląda to tak, jakby ten kościół „zamykał” Wall Street.

Proponuję przejść wzdłuż kościoła, do ulicy Trinity Pl, i skręcić w prawo. Za kawałek, po prawej stronie zobaczymy Zuccotti Park – nieduży placyk z krzewami, kwiatami, ławeczkami. Ot, miejsce przeznaczone dla wypoczynku i relaksu.

Na Manhattanie, pośród przytłaczających i zasłaniających niebo „drapaczy chmur” jest takich miejsc sporo: skwerki, parczki, placyki, czasem z fontanną, z jakąś współczesną rzeźbą,
z ciekawym oświetleniem po zmroku. Dla zagonionych i umęczonych ludzi, coś na ludzką miarę.

Idąc dalej w dotychczasowym kierunku, Trinity Pl zmienia nazwę na Church St, dochodzimy do kolejnej ciekawostki, mam wrażenie, że zupełnie nie pasującej do otoczenia.

Otóż, za kutym żeliwnym płotem, jest cmentarz – w amerykańskim stylu: zielona łąka i pionowe kamienne płyty. Jest nieduży i, z pewnością, stary, historyczny. Na prawym jego skraju stoi kościółek, właściwie kaplica św. Pawła, St Paul’s Chapel. Kaplica jest filią, mijanego wcześniej, kościoła św. Trójcy. Kaplica i cmentarz otwarte są codziennie w godzinach 10-18.

Zachęcam do odwiedzin, zarówno cmentarza, jak i kaplicy. Kaplica, jako położona najbliżej World Trade Center, odegrała bardzo znaczącą rolę po zamachu z 11 września. Wewnątrz jest miejsce pamięci o ofiarach tego zamachu.

Po powrocie na Church St, po przeciwnej stronie ulicy widzimy obiekt o dość futurystycznej architekturze, jakby zrywający się do lotu olbrzymi betonowy ptak, z obciętym jednym skrzydłem. Tak mnie się to kojarzy. A ta budowla to stacja kolejowa World Trade Center. Proponuję wejść do wnętrza i podziwiać.

Za stacją, na lewo, jest główny cel piątkowej wycieczki: World Trade Center 9/11 Memorial.

Jest tam, i muzeum, i Park Wolności.

Trzeba tam pójść i spędzić trochę czasu, może spróbować wyobrazić sobie, w przestrzeni rzeczywistej, jak to mogło przebiegać. Trzeba zobaczyć jak Nowojorczycy pielęgnują pamięć o tej strasznej tragedii.

W sąsiedztwie miejsca pamięci, po drugiej stronie Fulton St stoi 1 World Trade Center (wcześniej pod nazwą  Freedom Tower – Wieża Wolności) – jeden
z czterech nowojorskich wieżowców stanowiących część nowego kompleksu, który powstał
w miejscu biurowców WTC zniszczonych w wyniku zamachu z 11 września 2001. Budynek został oddany do użytku i oficjalnie otwarty 3 listopada 2014 roku. Jego wysokość wynosi 541 metrów, czyli 1776 stóp, które symbolicznie oznaczają datę ogłoszenia  Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych. Jest to najwyższy budynek w Stanach Zjednoczonych i szósty, co do wysokości, budynek świata. Wieża ma 105 pięter i 240 000 metrów kwadratowych powierzchni biurowej. Budynek został wyposażony w nowatorskie, bardzo szerokie klatki schodowe do ewakuacji, z instalacją ciśnieniową eliminującą dym.

Na 102 piętrze tego budynku jest taras widokowy One World Obserwatory. Podobno windy SkyPod Elevators wjeżdżają na tę wysokość w 47 sekund. Widoki z góry są nieprawdopodobne. Można to mieć za jedyne 35$. Czynne w godzinach 9-21. Gorąco zachęcam.

Po zejściu na ziemię, proponuję wrócić przed front kaplicy św. Pawła, czyli na ulicę Broadway i pójść nią w kierunku północnym o jedną przecznicę. Na rogu Broadway i Barclay St zobaczymy obiekt historyczny The Woolworth Building. Jest to ponad 100-letni smukły
i elegancki budynek o wysokości około 240m, 58 pięter. Przyjrzyjcie się zdobieniu elewacji wykonanych z emaliowanych płyt terakotowych. Przy odrobinie szczęścia uda się Wam wejść do imponującego lobby i zwiedzić je za 20$, a może tylko – za free – rzucić na nie okiem
i zrobić foto.

Na koniec tego dnia jeszcze jedna ciekawostka, do której trzeba dojechać metrem, linia żółta R lub W. Ze stacji metra CITY HALL, która znajduje się na ulicy Broadway, 2 przecznice na północ od The Woolworth Building. Trzeba pojechać 3 przystanki do 8 STREET STATION.

Po wyjściu na powierzchnię ulicą E 8th St idziemy w kierunku zachodnim do trzeciej przecznicy. Skręcamy w lewo w University Pl  i, zaraz po prawej, będzie uliczka Washington Mews, zamknięta bramą – można wejść przez furtkę, przejść przez całą jej długość i wyjść kolejną furtką. Wzdłuż tej ulicy stoją domki historyczne: po prawej niemieckie, po lewej francuskie; parterowe lub jednopiętrowe. Taka „wioseczka” w centrum Nowego Jorku. Być może można zajrzeć do ich wnętrz lub na wewnętrzne podwórka.

Po wyjściu na drugim końcu, po lewej, widać łuk – jest to wejście do Washington Square Park, całkiem sporego parku, z fontanną, dużą ilością zieleni oraz ciekawym drzewem. To wiąz, który ma jakby dwa zrośnięte z sobą pnie i nazywa się Hangman’s Elm, czyli wiąz kata.

Łuk wejściowy do parku stanowi jednocześnie początek 5th Ave, czyli słynnej Piątej Alei, liczącej 10 km długości. Jest to jedna z najbardziej znanych i najdroższych ulic handlowych na świecie. Biegnie od Washington Square, w kierunku północno-wschodnim, przez cały Manhattan, przy Madison Square Park i Bryant Park, wzdłuż Central Park i dalej, przez Harlem, aż do Marcus Garvey Park.

Myślę, że piątkową wyprawę należy zakończyć przy Washington SquarePark.

Resztę Manhattanu zastawiany na poniedziałek.

I tylko jeszcze jedna sugestia. Chodząc po Manhattanie, poza strefą wieżowców, widzimy sporo budynków, kilkupiętrowych, zbudowanych z cegły i nie otynkowanych. Budynki te mają ze sto lat. I, pewnie, amerykańską specyfiką jest, że posiadają one stalowe zewnętrzne klatki schodowe (myślę, że ewakuacyjne), umocowane do ścian frontowych. Ciągi schodów biegną zygzakiem, od samej góry do pierwszego piętra. Natomiast zejście na chodnik odbywa się po wysuwanej drabinie. Bywa, że na jednej kamienicy jest takich ciągów kilka. Widząc coś takiego, natychmiast, przypominają się amerykańskie filmy kryminalne lub gangsterskie,
w których aktorzy po takich schodach się ganiają.

Powrót na Brooklyn:

Należy wrócić do 8 STREET STATION i linią żółtą R dojechać do Brooklynu.

W piątek, 1 listopada, przypada Uroczystość Wszystkich Świętych i katolicy powinni być na Mszy św. Wypada, także, duchowo zjednoczyć się ze swoimi rodzinami, które zbierają się na cmentarzach, aby oddać hołd swoim bliskim zmarłym.

Wydaje się, że w amerykańskich realiach Msza św. w tym dniu będzie tylko rano, możecie to sprawdzić, jeżeli w pobliżu Waszego hotelu jest jakiś katolicki kościół.  

W kościele św. Stanisława Kostki przy 607 Humboldt Street, jest w piątki o godz. 19 Msza św. w języku polskim.

 

W sobotę

W przeddzień maratonu, biegacze raczej powinni się zrelaksować, i nie forsować się intensywnym zwiedzaniem miasta.

Osoby towarzyszące, kibice, chyba również powinni nieco odpocząć.

Proponuję relaks nad wybrzeżem Atlantyku, na Coney Island, czyli południowym krańcu Brooklynu, o ile pogoda na to pozwoli.

Znamy atlantyckie wybrzeże wschodnie, z podróży po Europie, Francja, Hiszpania, Portugalia, a teraz jest szansa, żeby zobaczyć wybrzeże zachodnie, jakby drugi kraniec tego oceanu.

Dojazd:

Z centrum Brooklynu liniami metra: pomarańczową D lub F i żółtą N lub Q należy dojechać do stacji CONEY ISLAND – STILLWELL AV. STATION. Ewentualnie linią pomarańczową F i żółtą Q można wysiąść jeden przystanek wcześniej, tj. WEST 8 STREET – NEW YORK AQUARIUM.

Do dyspozycji mamy szeroką plażę oraz szeroki drewniany deptak z ławeczkami i altanami, przy którym jest mnóstwo punktów gastronomicznych. Mam nadzieję, że czynnych
w listopadową sobotę.

Jest Lunapark z kolejką górską i karuzelami, ale nie wiem, czy będzie czynny w listopadzie. Natomiast przez cały rok czynne jest New York Aquarium, w soboty w godzinach 10-21, bilet około 30$. W przypadku złej pogody mogą odwołać występy treserów i słoni morskich
w Aquatheater. Reszta obiektów będzie czynna i dostępna.

 

Dla katolików

Na Brooklynie jest sporo katolickich kościołów i w wielu z nich, w soboty wieczorem, jest odprawiana Msza św. 

Poniżej kilka z nich, do wyboru:

  • St Stanislaus Kostka – św Stanisława Kostki, 607 Humboldt Street – południowy Greenpoint, Msza o 17.30, j. angielski, o 19, j. polski
  • St Anthony of Padua – św. Antoniego z Padwy, 862 Manhattan Ave – Greenpoint – Msza o 17.30
  • Our Lady of Consolation – Matki Bożej Pocieszenia, 184 Metropolitan Ave, Msza o 17
    angielski, o 19 j. polski
  • Peter & Paul – św. Piotra i Pawła, 71 S 3rd St, Msza o 19, j. hiszpański
  • Assumption of the Blessed Virgin Mary – Wniebowzięcia Matki Bożej, 55 Cranberry ST, Msza o 17, j. angielski

 

W poniedziałek

Kontynuacja zwiedzania Manhattanu – środkowy Manhattan, Midtown Manhattan.

Dojazd:

Linia żółta R do stacji 23 STREET STATION

Po wyjściu na powierzchnię widzimy Flatiron Building. Jest to jedna z ikon Nowego Jorku. Budynek ponad 100-letni, zbudowany w kształcie klina, w najwęższym miejscu ma tylko 2m.

Idąc Fifth Ave w kierunku północnym, po niecałym kilometrze trafiamy na kolejny kultowy obiekt, Empire State Building o wysokości 381m, a z anteną na dachu – ponad 430m.

Budowa została rozpoczęta w 1930r. i trwała jedynie 58 tygodni. W budynku są 73 windy
i klatka schodowa o 1860 stopniach.

W budynku są tarasy widokowe na 86 i 102 piętrze, są również wystawy, m.in. części scenografii „grających” w filmie o King Kongu.

Czynny dla odwiedzających w godzinach 8-14, bilety min. 38$.

Po dalszym kilkunastominutowym spacerze w górę Fifth Ave docieramy do Rockefeller Center, które zajmuje trzy kwartały ulic. Jest to 19 budynków różnej wysokości, głównie biurowych, ale są również atrakcje dla zwiedzających. Między innymi centralny plac, na którym staje największa w mieście choinka bożonarodzeniowa. Jest Top of the Rock, czyli kolejny taras widokowy na najwyższym z budynków. Jest budynek jednego z największych teatrów
w Stanach Zjednoczonych. To Radio City Music Hall z widownią na 6 tys. osób. Poza funkcją kulturalną obiekt pełni także rolę atrakcji. Można go odpłatnie zwiedzić (także kulisy).

Atrakcje czynne są całą dobę i myślę, że sami na miejscu zdecydujecie co chcielibyście zobaczyć lub w czym uczestniczyć.

Dokładnie naprzeciwko Rockefeller Center jest St. Patrick’s Cathedral, katolicka Katedra św. Patryka. Największa neogotycka świątynia katolicka w Ameryce Północnej. Jest siedzibą arcybiskupa Nowego Jorku.

W 1850 roku papież Pius IX podniósł diecezję nowojorską do rangi archidiecezji. W tym też roku abp John Joseph Hughes zaproponował wybudowanie nowej świątyni i przeniesienie swojej siedziby ze starej katedry św. Patryka na dolnym Manhattanie. 15 sierpnia 1858 roku uroczyście wmurowano kamień węgielny. Na skutek wojny secesyjnej prace nad budową kościoła zostały przerwane, wznowione je dopiero w 1865. Budowa katedry została zakończona w 1878 roku, a uroczyste udostępnienie kościoła wiernym miało miejsce 25 maja 1879 roku. W latach 1882–1884 dobudowano budynki kościelne – siedzibę arcybiskupa oraz rektora. W 1888 wzniesiono wieże oraz zachodnią fasadę, a w latach 1900-1908 kaplicę Najświętszej Maryi Panny (Lady chapel). 5 października 1911 abp Farley dokonał poświęcenia świątyni i ołtarza. W 1976 katedra została wpisana do oficjalnego rejestru zabytków. W 2006 w nawie bocznej katedry poświęcono kaplicę Matki Bożej Częstochowskiej. Poza reprodukcją obrazu Czarnej Madonny, w kaplicy znajdują się obrazy i figury Świętych: Kazimierza, Faustyny, JadwigiMaksymiliana Kolbe i Stanisława Kostki.

Wieże katedry mają wysokość około 100m i w naszych realiach byłby to kościół olbrzym.
W Nowym Jorku świątynia stoi pośród jeszcze wyższych wieżowców i wygląda na niezbyt okazałą.

Kościół jest otwarty w godzinach 6.30-20.45 i koniecznie trzeba go odwiedzić i podziwiać przepiękne wnętrze.

Zbliżamy się już do Central Parku, i wśród starszych, i nie tak bardzo wysokich budynków, po prawej stronie widzimy nowoczesną szklano-stalową wieżę. To Trump Tower. Obiekt jest
w pewnym zakresie otwarty dla publiczności i, może warto, obejrzeć te ociekające złotem
i wyłożone marmurami wnętrza. Ot, tak z ciekawości.

Na koniec proponuję trochę „szaleństwa”.

Przy prawym dolnym narożniku Central Park, na skrzyżowaniu 5th Ave i E 60th St jest stacja metra 5 AVENUE STATION i z niej linią żółtą N lub R przejedźcie dwa przystanki do 
49 STREET STATION.

Po wyjściu na powierzchnię, trzeba ulicą W 48th St przejść w kierunku zachodnim o jedną przecznicę. Znajdziecie się na słynnym Broadway’u. I na tej ulicy pooddychajcie artystyczną, a nie biznesową, atmosferą Nowego Jorku. Idąc w lewo dojdziecie do słynnego Time Square

Powrót do Brooklynu:

Pod Broadwey’em, w kierunku dolnego Manhattanu, biegnie żółta linia metra. Przystanki są co kilka przecznic. Do Brooklynu dojeżdża linia żółta R oraz N i Q.

 

DLA AMATORÓW ŁĄCZENIA BIEGANIA ZE ZWIEDZANIEM

Jeśli macie ochotę zostać w Nowym Jorku trochę dłużej, mamy następujące propozycje:

 

MUZEA  I  ATRAKCJE

Spośród bardzo wielu, wybrałam muzea o tematyce nie spotykanej w Polsce i, jak sądzę, także w Europie

 Ellis Island National Museum of Imigration – Muzeum Imigracji na wyspie Ellis.

www.libertyellisfoudation.org

Ellis Island National Museum of Immigration znajduje się w głównym budynku dawnego kompleksu stacji imigracyjnych i opowiada poruszające historie 12 milionów imigrantów, którzy przybyli do Ameryki przez złote drzwi wyspy Ellis Island. Dzisiaj potomkowie imigrantów stanowią prawie połowę narodu amerykańskiego.

Zwiedzanie tego Muzeum, jest częścią „transakcji wiązanej”. Drugą jej częścią jest odwiedzenie Liberty Island i Statue of Liberty – Statui Wolności.

Statue Cruises, www.stauecriuses.com  jest jedyną upoważnioną firmą, która zapewnia bilety na prom oraz wycieczki na wyspę Ellis i Statuę Wolności.

Promy starują z nabrzeża Battery Park, na samym południowym krańcu Manhattanu. I płyną najpierw na Liberty Island, później na Ellis Island i wracają do miejsca startu.

Promy kursują w godzinach 8.30-17, co 20-35 minut. Bilety w cenie 21,50$.

 

National Museum of the American Indian – Narodowe Muzeum Indian Amerykańskich,
1 Bowling Green, Lower Manhattan, www.americanindian.si.edu, znajduje się tuż obok Battery Park.

Muzeum jest aktywną i widoczną częścią składową Smithsonian Institution, największego kompleksu muzealnego na świecie. Muzeum dba o jedną z najbardziej ekspansywnych kolekcji rodzimych artefaktów, w tym przedmioty, fotografie, archiwa i media obejmujące całą półkulę zachodnią, od koła podbiegunowego po Ziemię Ognistą. Organizuje wystawy, badania, działania edukacyjne i programy sztuk scenicznych.

Jest czynne w godzinach 10-17, wstęp wolny.

 

Intrepid Sea-Air-Space Museum – Lotniskowiec „Nieustraszony”, Okręt Muzeum, Pier 86,
W 46th St, Midtown Manhattan, www.intrepidmuseum.org.

Lotniskowiec stoi przy nabrzeżu zachodnim, nad rzeką Hudson, na wysokości Rockefeller Center.

Można go zwiedzać w godzinach 10-17. Bilety 33$.

 

Madame Tussauds New York – Gabinet Figur Woskowych, 234 W 42nd St, Midtown Manhattan, trzy przecznice na południe od Time Square, www.madametussauds.com.

Muzeum jest otwarte w godzinach 9-22. Bilety różnią się cenowo, w zależności od wybranej

oferty, najtańszy około 30$.

 

National Museum of Mathematicks – Narodowe Muzeum Matematyki, 11 E 26th St, Midtown Manhattan, www.momath.org.

To wielokrotnie nagradzane muzeum, które podkreśla rolę matematyki w zrozumieniu modeli i struktur wokół nas. Jego dynamiczne eksponaty, galeria i programy mają na celu stymulowanie dociekań, wzbudzanie ciekawości i odkrywanie cudów matematyki. Innowacyjne eksponaty Muzeum angażują ludzi w wieku od 105 do 5 lat, a nawet młodszych.

Muzeum jest czynne w godzinach 10-17. Wstęp w cenie 18$.

 

Wycieczki poza miasto wynajętym samochodem (w Brooklynie od 70$ za dzień), na ile tylko zawartość portfela i wyobraźnia pozwalają.

Boston, leży 350 km na północ, na wybrzeżu Oceanu Atlantyckiego, to miasto jednego
z sześciu maratonów cyklu Abbot World Marathon Majors.

Na południe od Nowego Jorku leżą kolejno:

Filadelfia w stanie Pensylwania, 150 km

Baltimore w stanie Maryland, 300km

Washington DC, stolica USA, 370km. Może warto zrobić sobie dwudniową wycieczkę, żeby zobaczyć The White House, Biały Dom – siedziba prezydenta, United States Capitol – siedziba  Kongresu Stanów Zjednoczonych, Washington National Cathedral – anglikańska Katedra Narodowa Waszyngtonu, Catherdal of St. Matthew the Apostle – katolicka Katedra św. Mateusza Apostoła, siedziba arcybiskupa Waszyngtonu.

 

JEDZENIE

Chcąc poczuć się jak rodowity Amerykanin koniecznie trzeba spróbować  krwistego steka,  pysznego  hot  doga i hamburgera, którego wielkość zadziwi niejednego smakosza Oprócz typowych fastfoodów, można  odnaleźć bogactwo kuchni z wielu zakątków świata. Mieszkańcy Nowego Jorku, tak jak i całych Stanów Zjednoczonych, to mieszanka imigrantów z wielu różnych kultur, dlatego w mieście możecie korzystać z ulubionej kuchni: włoskiej, francuskiej, chińskiej, meksykańskiej, tajskiej itd.

 

ZAKUPY

Ograniczyłabym się jedynie do drobnych pamiątek-upominków.

 

ŻYCZĘ  UDANEGO  POBYTU  I  ZNAKOMITEGO  WYNIKU  SPORTOWEGO!

Informacje szczegółowe, zawarte w tekście powyżej, są zaktualizowane na dzień jego sporządzenia, tj. 4 września 2019r.

 Właściciel strony i pomysłodawca cyklu: Karol Zalewski

Przygotowała: Małgorzata Zalewska

Sportowy 8-dniowy test 40-latka, czyli Karol startuje

Test 40- latka w 8 dni, czyli półmaraton po plaży, maraton ultra i szybka dycha w górach przełamana mocnym treningiem w środku tygodnia….

Nagłówek mówi sam za siebie. Przetestowałem się jak należy… w różnych okolicznościach, na różnych trasach, w różnych warunkach. Jak się przygotowałem to tych trudnych ośmiu dni? Trenowałem z moimi Podopiecznymi, a poza tym ze względu na odejście mojego trenera tenisa w inne miejsce, na razie przerwałem lekcje, więc odpadł tenis. Lekcje tańca, na które uczęszczaliśmy z Magdą, też przerwaliśmy. Z kolei po sezonie triathlonowym odłożyłem na bok rower (jeżdżę tylko okazjonalnie),  pływanie (okazjonalnie). Zatem zostały treningi z Podopiecznymi, joga, boks i w głowie zaczął się rodzić pomysł maratonu poniżej 3 h, więc rozplanowałem sobie treningi do końca października do startu w Toruń maraton.

Gdzieś w tę drogę wplotłem sobie coroczny event Ultrajanosik. Tym razem dwa dystanse w dwa dni, czyli sobota 55km i niedziela 10km. Nigdy czegoś takiego nie testowałem na sobie, ale co tam… Lubię eksperymenty i wyzwania, poza tym tego typu doświadczenia to doskonałe lekcje na przyszłość, a nuż  mój Podopieczny zechce coś takiego i na sobie wypróbować. Muszę więc być przygotowany merytorycznie, jak to rozegrać:-) Wszystkie wymienione starty były bez wypoczynku, czyli nie zmniejszałem obciążeń treningowych, tylko realizowałem swój plan…. O wypoczętej nodze nie było mowy…

Ultra Janosik  się zbliżał… Wyjechaliśmy w środę, w drodze przerwy na streching, jedzonko i tankowanie. Pierwszy punkt to Zakopane i kolacyjka w Gazdowa Kuźnia. Po spacerku już późnym wieczorem dojazd do Małe Ciche, do sprawdzonego miejsca podczas zeszłorocznego wyjazdu Willa Lichajówka,  gdzie mam kawał ładnej trawiastej działki, na której mogę zrobić poranny rozruch, po którym od razu wskoczyć do mini strumyka przebiegającego przez podwórko:-) RAJ!

Czwartek przywitał nas dobrą pogodą, więc zaplanowaliśmy „atak na góry”, wybraliśmy Kasprowy wierch, wyszło jakieś 17 km z poważnymi przewyższeniami w kilka godzin. I w związku z tym po całym trekkingu moje łydki dały o sobie znać i wrócił doskwierający,  acz paradoksalnie miły ból, który utrzymywał się po plażowym starcie sprzed kilu dni. Można to zaliczyć do błędów przedstartowych. Możecie sobie to wyobrazić – plaża, upał i 21 km biegu po piasku nad brzegiem morza, do łatwych to nie należało. Jednak być kilka dni w górach i nie wyjść w nie? Słabo!!!! Podjąłem rękawicę i zapłaciłem za to cenę…

Nadszedł sobotni poranek – rozruch i na  start… 55 km 🙂 Spiska pętla:-) piękne tereny!!! Już się cieszę, że podczas biegu będę mógł zobaczyć piękną winnicę Eli i Andrzeja, gdzieś na 13-14 km biegu:-) Polana, sosny, puszcza… Zaczynamy lecieć krok za krokiem i od razu puszcza też łydka i zaczyna coś pobolewać, ale cóż potraktowałem to z przymrużeniem oka i leciałem dalej. Stawka zawodników ukształtowała się od samego początku i utrzymywałem się w czubie wyścigu, by kontrolować przebieg i nie tracić za dużo do czołówki. Pierwszy zawodnik, Marcin Baniak, był poza zasięgiem, więc przylepiłem się do drugiego, którym okazał się ziomal z Pomorza, Łukasz Klasa. Biegliśmy w sumie razem, wymienialiśmy się, czym dopingowaliśmy się do utrzymania dobrego tempa. Przeprawiliśmy się przez górską rzekę i tak osiągnęliśmy pierwszy punkt żywieniowy i kontrolny w Kacwinie. Myśmy wbiegali, a Marcin już po pit stopie wybiegał znów pokonywać górskie trudności. Po szybkim naładowaniu wody w bidoniki, popiciu coli, zjedzeniu nieco arbuza i czystej soli szybko ruszyłem za Łukaszem. Znów długie podejścia, ścieżki leśne i bieg przeplatany szybkim marszem pod trudne części trasy. I tak krok za krokiem wpadliśmy w biegowy rytm. W głowie kłębiły się myśli, już zaczynał dawać o sobie znać brzuch (wczorajsze ładowanie było przeładowaniem, ale jakoś nie mogłem sobie odmówić racuszków, serniczka i małego piwka:-) oczywiście w Gazdowej Kuźni w Zakopanym).  Ból brzucha, jakiego jeszcze nigdy podczas biegów nie doświadczałem, pojawiał się w różnych dziwnych miejscach, ale cóż trzeba było skupiać się na kolejnym kroku. I starać się nie zagłębiać w pojawiający się dyskomfort. Już po woli widziałem siebie na 3, może 2 miejscu, i pycha zaraz skasowała zapędy. Z chłopakami zgubiliśmy trasę (oznaczenia trasy pozrywane specjalnie) i było co nadrabiać, bo akurat co zbiegliśmy z długiej górki. Zdezorientowani i po szybkiej naradzie ustaliliśmy, że Marcin zadzwoni do organizatorów, ale do nas trzech w tym momencie dobiegła horda dzików, tzn. szybkich zawodników, którzy podobnie jak my dali się zwieźć przez niespodzianki z oznaczeniem trasy. Sam się często zastanawiam, komu przeszkadzamy? I co kieruje  osobami, które zrywają lub przewieszają szarfy oznaczeniowe trasy, wcześniej rozwieszane przez organizatorów. No, ale cóż, taki urok tych biegów!!! Dla nas to był praktycznie koniec startu w kontekście wyniku, dobrego wyniku. Dobrze, że ktoś z dużej ekipy, która do nas dobiegła, posiadał trucka trasy wgranego w zegarek. Rozpoczęła się walka o dotarcie z powrotem na trasę biegu. Żal w głowie, różne dziwne myśli, psycha siadła, cały czas pod górę i wspólne kalkulacje, ile stracimy??? Po porządnej i długiej wspinaczce jesteśmy w końcu na trasie i okazuje się, że z pierwszych trzech miejsc, spadliśmy na 20-te :-(.  Zatem walka się zaczyna nie od nowa, bo trzeba dogonić tych, którzy nie dali się zwieść i byli na trasie.

40-kilometrowej gonitwy nie chcę pamiętać, chcę tylko podziękować Magdzie, która motywowała mnie na każdym punkcie żywieniowym na trasie, podawała przebieg i zajmowane miejsca!!! Dodatkowym mentalnym wsparciem był pomysł Konrada, by urządzić wspólny Teamowy bieg o tej samej godzinie co mój start, ale na  naszych trójmiejskich  leśnych duktach. Więc nie mogłem od tak zrezygnować, musiałem walczyć, gdyż na mecie czekała na mnie Karina z Łukaszem i dziećmi, którzy w ten dzień już wyjeżdżali do domu, ale pofatygowali się, by kuzynowi pokibicować i zobaczyć, jak wygląda świat biegów górskich od podszewki. Dziękuje Wam, jesteście TOP!!!!

Te wszystkie zabiegi, wsparcie Teamu, rodzinka czekająca na mecie, plus moje resztki motywacji prowadziły mnie do mety biegu…. którą osiągnąłem po ponad 6h, co dało 7. miejsce Open, a 3. w kat. Wiek.

Ostatecznie byłem z siebie bardzo zadowolony, co pozwoliło na krótkie świętowanie, szybką regenerację i gotowość na drugi akcent biegowy, czyli dystans 10 km pod nazwą „ledwo dycha”. Tu już żadnej większej  historii nie było, oprócz tej, że profil trasy wskazywał, że bieg może być cały z górki!!! Jednak taki nie był i na dzień dobry był do pokonanie prawie 2-kilometrowey stromy asfaltowy podbieg. Na bieg plan był prosty, na pierwszych metrach dojść do swojej granicy i utrzymać to przez około 40 min. Do mety dotarłem w 41min  na 10 miejscu co dało 5. w klasyfikacji wiekowej.

PODSUMOWUJĄC 8-DNIOWY TEST 40 LETNIEGO DISELKA, wiek to nie jest żadna granica twoich możliwości, to szansa jeszcze lepiej poznać możliwości swojego ciała!!!! Wszystko rozgrywa się w Twojej głowie, jak uwierzysz w siebie to osiągniesz co sobie zaplanowałeś!!!!!

Athletic Team – wrażenia nowicjusza

Athletic Team – właściwie cóż to takiego? Karol Zalewski, czyli trener kryjący się również pod nazwą JAtrenuje, nie ogranicza się jedynie do zajęć indywidualnych ze swoimi Podopiecznymi, jak to często bywa w tym fachu. Przekonałam się o tym osobiście, chociaż początkowo zupełnie nie rozumiałam idei Athletic Team.

Zatem raz jeszcze – czym jest Athletic Team? To grupa zapaleńców, którzy na co dzień są Podopiecznymi Karola, personalnego trenera, który wspomaga Ich w codziennych sportowych zmaganiach, trenuje, wspiera, motywuje itp. To grupa, która obok swoich indywidualnych treningów spotyka się raz w tygodniu i wspólnie ćwiczy pod okiem Karola. Zastanawiałam się, jak to wygląda, jak ludzie mający różne potrzeby w kontekście sportu, różne predyspozycje i poziom wytrenowania może razem ćwiczyć… Miałam obiekcje, wątpliwości, pewien dystans.

Za namową Karola, postanowiłam w końcu zjawić się na zajęciach Athletic Team, poznać zespół, sprawdzić, jak wygląda te 1,5 godziny wspólnego treningu. I wiecie co? To było niesamowite. Już w pierwszych chwilach zaskoczył mnie fakt, że cała grupa (podkreślić należy, że są w niej osoby w różnym wieku, o różnym stopniu zaangażowania w uprawianie sportu) jest zgraną ekipą dobrych znajomych. Gwar rozmów na przywitanie zdradził, że Ekipa ma na co dzień kontakt, że pytają o ostatnie starty, zmagania sportowe, wiedzą, kto, gdzie i co planował w kwestii sportowych wyzwań. Pierwsze minuty to wymiana doświadczeń i wrażeń. Fajne! Jednak nie przeszkadzało to Im, aby przyjęli mnie do siebie w jednej chwili – otwartość i życzliwość to pierwsze wrażenie z zajęć. I nikt nie patrzył na mnie jak na sierotę, która nie dorasta Im sportowo do pięt. A to dla mnie ważne – nie czułam dyskomfortu, wstydu, nie miałam wrażenia, że jestem przysłowiowym „piątym kołem u wozu”.

A same zajęcia? Już teraz rozumiem, dlaczego wszyscy ich uczestniczy chcą ćwiczyć razem, dlaczego taka forma treningu jest świetną odskocznią od indywidualnych, samotnych zmagań ze sportowymi wyzwaniami. Trening Athletic Team jest naprawdę dla każdego. To ogólnorozwojowe ćwiczenia, które tak bardzo potrzebne są każdemu, kto uprawia sport i to nie ma znaczenia, jakiego typu jest to aktywność. Różnorodność ćwiczeń proponowanych przez Karola, ich atrakcyjność, zmienność, a przede wszystkim intensywność dostosowana jest dla każdego z uczestników zajęć. Po godzinie okazuje się zresztą, że nawet Ci najbardziej zaprawieni w bojach sportowych, ze świetną formą, doskonałym przygotowaniem kondycyjnym, odczuwają intensywność ćwiczeń proponowanych przez Karola. I chyba o to chodzi – czujesz, że te zajęcia są Ci potrzebne, że organizm czerpie z nich to, czego może na co dzień nie udaje się osiągnąć w treningach np. biegowych, że wzajemna motywacja i wsparcie grupy to z kolei pozytywny aspekt psychologiczny w uprawianiu sportu.

Generalnie byłam pod wrażeniem zajęć Athletic Team. Zrozumiałam, dlaczego na co dzień ta ekipa czuje się w swoim gronie tak swobodnie i dobrze, dlaczego wspólnie startują w czasie zawodów, dlaczego razem trenują, umawiają się na wspólne treningi, dlaczego chcą tworzyć jakąś sportową wspólnotę. Bo to się sprawdza – radość ze sportu, wsparcie, motywacja, wymiana doświadczeń, przyjaźń, a to wszystko pod czujnym okiem Trenera.  

Edyta Karpiusz 

BANC OF AMERICA CHICAGO MARATHON z cyklu Maratony duże i małe

MARATONY ZAGRANICZNE – DUŻE I MAŁE 

BANC OF AMERICA CHICAGO MARATHON

 Data – 13 października 2019r.                  START, FINISH – Grant Park, S. Columbus Dr.

 Informacje szczegółowe:    www.chicagomarathon.com

 Maraton w Chicago, jest kolejnym z cyklu Abbot World Marathon Majors, czyli sześciu największych i najbardziej renomowanych maratonów na świecie. Do cyklu należą maratony w: Londynie, Tokyo, Berlinie, Chicago, Bostonie i Nowym Jorku.

 Zgodnie z zapowiedzią, poniżej przedstawiamy, informacje okołomaratonowe, tj. podróż, noclegi, komunikacja na miejscu, zwiedzanie….

Może zachęcimy kogoś do ubiegania się o uczestnictwo w tym maratonie w kolejnych latach. A może, w oparciu o nasze informacje, znajdą się chętni na wyjazd w celu kibicowania sportowcom i przeżycia tego fascynującego święta sportu.

Informacje zwrotne mile widziane.

Sprawa podstawowa – Polacy, na wjazd do USA, potrzebują wizy turystycznej.

Wizy uzyskuje się bezpośrednio w placówkach dyplomatycznych, tj. w Ambasadzie USA w Warszawie lub w Konsulacie USA w Krakowie – cena 160$

Są również Biura Turystyczne, które oferują usługę pozyskiwania turystycznych wiz wjazdowych do USA.

Trzeba także mieć świadomość, że zarówno sama podróż, jak i pobyt w USA będą zdecydowanie droższe niż wyjazd na jakikolwiek maraton w Europie.

PODRÓŻ

Optymalny czas pobytu to środa, 09.10 – wtorek, 15.10.2019r., m.in. ze względu na aklimatyzację związaną ze zmianą czasu (w Chicago -7h w stosunku do Warszawy) oraz konieczność odpoczynku po długiej podróży,

PKP Intercity

Gdynia Główna          6.15                 Warszawa Zachodnia                        9.49

Powrót                       

Warszawa Zachodnia                        10.12               Gdynia Główna                      13.49  

Warszawa Zachodnia łączy się z Portem Lotniczym Chopina 3 liniami kolejowymi: SKM linie S2 i S3 oraz Koleje Mazowieckie KM

LOT

Warszawa – Chopin   12.35               Chicago – O’Hare      15.30               przelot 9h 55min.

Powrót

Chicago – O’Hare      16.15 (15.10.2019)     Warszawa – Chopin   8.20  (16.10.2019)

 KOMUNIKACJA MIEJSKA

Proponuję wybrać Chicago Transit Authority – CTA – posiadającą 8 linii kolejowych, każda oznaczona innym kolorem oraz sporą sieć autobusową, rozwożącą podróżnych na liniach prostopadłych do tras pociągów, przy czym przystanki autobusowe są przy każdej stacji kolejowej.

Pociągi CTA jeżdżą, częściowo pod ziemią, a częściowo – na specjalnych konstrukcjach – nad ziemią.

Linia Blue Line łączy Port Lotniczy O’Hare z Downtown, czyli z samym Śródmieściem.
Bilet z i do Portu Lotniczego kosztuje 5$.

Przez Downtown przechodzą trasy siedmiu spośród ośmiu linii kolejowych, co pozwala siecią CTA dojechać prawie wszędzie.

Ceny biletów: jednorazowy na pociąg 2,50$, jednorazowy na autobus 2,25$, ale kupowany u kierowcy 2,50$, bilet 1-dniowy 10$, 3-dniowy 20$.

Bilety kupuje się, przede wszystkim, w automatach biletowych dostępnych na każdej stacji.

NOCLEGI

Ze względu na usytuowanie strefy startu/mety w Grant Park, czyli w Downtown, warto zapewnić sobie noclegi w pobliżu. Łatwo tu również z lotniska dojechać.

W centrum Chicago tj. w Downtown i najbliższej okolicy – wg www.booking.com – znajduje się prawie 100 hoteli, z czego 23 hotele 3-gwiazdkowe, w których ceny za 6 nocy w pokoju
2-osobowym mają rozpiętość 1.650-4.000$ oraz 48 hoteli 4-gwiazdkowych z cenami 1.850-5.000$.

ZWIEDZANIE           

Jako Europejczycy, przywykliśmy do pewnego rytuału zwiedzania dużych miast: oglądamy wykopaliska obiektów starożytnych, nawet ponad 2000-letnich, nawiedzamy romańskie i gotyckie katedry – mają kilkaset do tysiąca lat, podziwiamy kościoły i pałace barokowe, też kilkusetletnie oraz prezentowane w muzeach dzieła sztuki, im starsze tym cenniejsze. To taki specyficzny europejski kanon.

Państwowość Stanów Zjednoczonych Ameryki liczy sobie trochę ponad 200 lat. Nie zobaczymy tam tego, co podziwiamy w Europie.

W dużych miastach, takich jak m.in. Chicago, możemy podziwiać rozmach i zupełnie inną niż w Europie koncepcję zagospodarowania przestrzeni miejskiej:

  • siatka ulic, jak w zeszycie w kratkę – równoległe północ-południe i przecinające je pod kątem prostym wschód-zachód;
  • budowle pnące się w górę na kilkadziesiąt pięter i w dół, pod ziemię, na kilka pięter
  • kilkupiętrowe drogi kołowe i szynowe, wielopiętrowe skrzyżowania.

To naprawdę robi wrażenie.

Ale widać też troskę o własną historię, pieczołowitość w utrzymywaniu i restaurowaniu zachowanych obiektów z końca XIX wieku.

Przeglądając strony internetowe muzeów, ogrodów zoologicznych, botanicznych, różnego rodzaju galerii nieodparcie wybija się na pierwszy plan nastawienie na edukację, wszystkich: dzieci, dorosłych, całych rodzin. Wszystkie instytucje, które raczej kojarzą się z oglądaniem, czy zwiedzaniem, oferują niezliczoną ilość programów edukacyjnych, często nieodpłatnych.

Chicago jest trzecim co do wielkości miastem w USA i drugim pod względem rozmiarów skupiskiem wieżowców w tym kraju. Obecnie znajduje się tu ponad 200 budynków, których wysokość przekracza 100 metrów.

Zatem, w tym mieście, zaproponuję inny niż dotychczas model zwiedzania.

 Jak zawsze i wszędzie, warto jest mieć przy sobie mapę miasta lub mały przewodnik!!!

 W dniu przyjazdu

Obawiam się, że po dobie przedłużonej o 7 godzin (różnica czasu) i długiej, męczącej podróży (w Polsce będzie już około północy) zwiedzania raczej nie będzie. Jakiś posiłek, kąpiel i sen.

W kolejnym dniu, czyli w czwartek,

tradycyjnie już, proponuję rozejrzeć się po strefie startu/mety maratonu, sprawdzić możliwości dotarcia w ich pobliże. A także, patrząc na mapę trasy maratonu – wybrać miejsce dogodne do kibicowania zawodnikom.

Start i meta maratonu zostały usytuowane w Grant Park, jest to ogromny park publiczny położony w centralnej dzielnicy biznesowej Chicago. Park oddziela tę dzielnicę od brzegu jeziora Michigan.

Mieszkając w hotelu usytuowanym w Downtown, bardzo łatwo trafić do Parku: trzeba iść
w kierunku wschodnim, ewentualnie można skorzystać z autobusu, których wiele kursuje po ulicach poprowadzonych na linii wschód-zachód.

Przy samym nabrzeżu są jacht kluby i mariny.

W parku jest wiele bardzo ciekawych tras spacerowych, promenad, fontann, rzeźb etc.

Centralnym miejscem parku jest Bukingham Fontain – monumentalna fontanna, bardzo pięknie oświetlona po zmierzchu.

W parku zlokalizowano najbardziej charakterystyczne zabytki i atrakcje Chicago: artystyczne – muzea, galerie, amfiteatr, sportowe – stadiony i  boiska do wielu dyscyplin oraz wymyślne parki zabaw dla dzieci.

Południowa część parku o nazwie Museum Campus, to miejsce trzech najbardziej znanych muzeów w mieście, wszystkie poświęcone naukom przyrodniczym: Adler Planetarium, Field Museum of Natural History i Shedd Aquarium.

Adler Planetarium, to kosmos, jego tajemnice, jego zdobywanie, obserwacja nieba itp. Jest czynne w godzinach 9-16. Ceny biletów: all exhibitions – 19$, all exhibitions + one sky show – 28$  oraz – chyba najciekawsza opcja – all axhibitions + the historic Atwood Sphere + your choice of two sky shows – 35$.

Field Museum of Natural History, to początki życia na Ziemi, ewolucja gatunków, odkrycia archeologiczne i naukowe związane z tą tematyką.

Jest czynne w godzinach 9-17. Bilet podstawowy all general admission exhibitions kosztuje 26$. Są również opcje bogatsze: all general admission exhibitions, and one ticketed exhibition or 3D movie – 34$ oraz all general admission exhibitions, all ticketed exhibitions, and one 3D movie – 40$.

Shedd Aquarium, to wszystko co żyje w wodzie, pod wodą i przy brzegach… Jest czynne w godzinach 9-17. Bilet kosztuje 39,95$.

Prawdopodobnie czasu w ciągu tego dnia wystarczy na Grant Park i, co najwyżej, na dwa z trzech wymienionych muzeów. Może warto, po zapoznaniu się ze szczegółami dotyczącymi zawodów, najpierw przemieścić się na południe, do w/w muzeów. A dopiero później, może po zapadnięciu zmierzchu, nacieszyć się samym parkiem i jego atrakcjami.

Gorąco zachęcam.

W piątek

Przez Chicago przepływają dwie rzeki, jedna z południa, a druga z północy. Rzeki te łączą się w samym centrum miasta, tworząc jedną, rzekę Chicago, płynącą na wschód do jeziora Michigan. Na tym odcinku rzeka poprzecinana jest wieloma, wartymi obejrzenia, mostami; niektóre z nich są mostami zwodzonymi.

Wzdłuż południowego brzegu rzeki biegnie ulica Wacker Dr. A jeszcze bliżej brzegu, poniżej poziomu ulicy jest pieszy deptak – Chicago Riverwalk – z którego można podziwiać okazałe budynki posadowione wzdłuż przeciwległego brzegu rzeki. Urzekający jest ten widok po zmierzchu, kiedy wielobarwnie i intensywnie oświetlone budynki odbijają się w ciemnej toni.

Przy ulicy Wacker Dr, tuż przed trzecim mostem licząc od ujścia rzeki do jeziora, pod numerem 111 znajduje się:

 Chicago Architecture Center, jest to budynek, w którym prezentowana jest architektura Chicago. Głównie są to, zbudowane w skali, modele centrum miasta, z „drapaczami chmur”. Ogląda się te modele stojąc na wysokiej platformie, pozwalającej ogarnąć całość. Dzięki temu można łatwo zorientować się w topografii miasta. I, ewentualnie, wybrać te budynki, które chciałoby się zobaczyć na żywo.

Centrum jest czynne w godzinach 9.30-17, bilet kosztuje 12$.

Centrum oferuje również rejsy statkami wycieczkowymi po rzece. Podróż trwa 90 minut i kosztuje prawie 45$, ale wówczas zwiedzanie modeli miasta jest już w cenie tej wycieczki. Rejsy zaczynają się co 30 minut, od godziny 9.30. Bilety na rejsy wieczorne są droższe o 5$.

 Spacer po Downtown. Tutejsze osobliwości to budynki wysokościowce o najprzeróżniejszych kształtach i wymyślnej architekturze. Jako materiał budowlany dominuje beton, stal i szkło.

Proponuję pochodzić po ulicach i zadzierając wysoko głowy, podziwiać niemal nieograniczony ludzki geniusz.

Chicago miało szczęście do wybitnych architektów, którzy tworząc budynki użyteczności publicznej – siedziby biznesu i administracji – stworzyli dzieła sztuki architektonicznej.

Miasto bywa nazywane „miastem architektów”.

Ciekawostki:

W ciągach ulic S Wells St, W Van Buren St., S Wabash Ave, i E Lake St biegną również linie pociągów CTA. I tak, na poziomie gruntu jest „normalna” ulica, jezdnie, chodniki, wejścia do budynków, a nad jezdniami na wysokości drugiego piętra sąsiadujących budynków, na stalowej konstrukcji, biegną torowiska pociągów, które krzyżują się z sobą tak jak ulice poniżej. A jeśli trzeba przekroczyć rzekę, np. w ciągu ulicy Lake, to most jest też dwupoziomowy, na dole pieszo jezdny, na górze kolejowy. I akurat ten most jest tak skonstruowany, że może być podnoszony dla umożliwienia przepłynięcia pod nim wyższych jednostek.

Kawałek za rzeką, linia metra przechodzi nad stacją Ogilvie Transportation Center. Jest to stacja, na której kończy się bieg pociągów przyjeżdżających do centrum Chicago z północy. Posiada 8 peronów i budynek stacyjny. Ciekawostką jest to, że całość, tj. budynek, torowiska i perony, usytuowane są na platformie kilka metrów nad poziomem gruntu.

Podobnie jest ze stacją LaSalle Street, położoną nieco na południe, która „zbiera” transport kolejowy dochodzący do centrum od południa.

Może być interesujące pochodzić sobie po takiej stacji i podpatrzeć rozwiązania techniczne i organizacyjne.

Przy ulicy W Madison St, na odcinku pomiędzy N LaSalle St i N Clark St, jest kościół katolicki pod wezwaniem Świętego Piotra, prowadzony przez zakon franciszkanów. Nie sposób go minąć, gdyż na fasadzie jest olbrzymi krzyż. Zachęcam do wejścia, jeżeli będzie otwarty. Wnętrze jest przepiękne, ascetyczne, surowe, wysmakowane. W jednej z kaplic po prawej stronie jest kopia watykańskiej Piety Michała Anioła Buonarotti.

Dalej można przejść N LaSalle St cztery przecznice na południe do W Adams St. Na samym rogu jest Rookery Building, a w nim centrum biznesowe. Jest to obiekt historyczny, z końca XIX wieku, po rewitalizacji. Część powierzchni wspólnych, m.in. Lobby Light  Court na I piętrze jest dostępne dla publiczności: od poniedziałku do piątku w godzinach 7-18, w soboty
w godzinach 8-14, wejście od ulicy Adams.

Następnie należy ulicą W Adams St pójść w kierunku zachodnim przez dwie przecznice do 
S Franklin St. Na rogu Adams i Franklin stoi wieżowiec Willis Tower. Ten wieżowiec ma 108 pięter i ponad 440m wysokości, i jest najwyższym budynkiem w Ameryce. Na 103 piętrze znajduje się Skydeck Chicago (taras widokowy), częściowo ze szklaną podłogą. Skydeck jest czynny codziennie w godzinach 10-20, w soboty 10-21, bilety w cenie 25$.

Sądzę, że tyle atrakcji na jeden dzień wystarczy.

W sobotę

W przeddzień maratonu, biegacze raczej powinni się zrelaksować, i nie forsować się intensywnym zwiedzaniem miasta.

Osoby towarzyszące, kibice, chyba również powinni nieco odpocząć.

Ale, myślę, że mała wycieczka będzie jak najbardziej odpowiednia,

Ponieważ w Chicago żyje liczna Polonia, warto odwiedzić chociaż jeden polski obiekt.

Wybrałam Polish Museum of America przy N Milwaukee Ave nr 984. Muzeum jest czynne codziennie, oprócz czwartków, w godzinach 11-16, cena biletu – 10$.

Dojazd z Downtown autobusem 56 – przy W Madison St (na odcinku pomiędzy Grant Park i rzeką) znajduje się kilka przystanków linii 56. Cała trasa to około 10 przystanków, należy wysiąść na przystanku Milwaukee & Noble i cofnąć się około 100m do dużego skrzyżowania z W Augusta Blvd. Budynek Muzeum, dobrze oznakowany polskimi flagami, stoi na samym rogu.

Następnie proponuję cofnąć się do przystanku Milwaukee & Noble i autobusem 56 przejechać w kierunku powrotnym 2 przystanki, do Milwaukee & Chicago. Przejść na drugą stronę ulicy W Chicago Ave, gdzie jest przystanek Chicago & Milwaukee linii 66 – usytuowany tuż przy wyjściu ze stacji Chicago Blue Line.

Autobusem 66 pojechać 9 przystanków w kierunku wschodnim do przystanku Chicago
& State, który znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie wyjścia ze stacji Chicago Red Line.

Po wejściu w ulicę N State St, w kierunku południowym, za około 30m, będzie duży kościół z jasnego kamienia, z bogato zdobioną fasadą.

Jest to rzymskokatolicka katedra pod wezwaniem Najświętszego Imienia Jezus. Warto ją odwiedzić, ze względu na typowy przykład amerykańskiej estetyki – na bogato i, z pomieszaniem różnych stylów architektonicznych, które w Europie są obecne raczej w czystej postaci.

Powrót do centrum pociągiem Red Line ze stacji Chicago w kierunku 95th Red Line Station. Wysiadamy na stacji położonej najbliżej naszego hotelu.

Dla osób wierzących.

W katedrze Najświętszego Imienia Jezus w soboty wieczorem Msze św. są odprawiane o godz. 17.15 i o godz. 19.30.

W kościele św. Piotra przy ul. Madison (w centrum) sobotnia Msza św. jest o godz. 17

W poniedziałek

Dalszy ciąg penetracji miasta; jest jeszcze wiele do odkrycia.

Grant Park od zachodu zamyka ulica N Michigan Ave, a od północy E Randolph St. Po przeciwnej stronie Randolph stoi monumentalny Prudential Plaza – nazwa zwyczajowa  One Two Pru, w istocie nawiązuje do faktu, że są to dwa połączone z sobą budynki. Wraz infrastrukturą towarzyszącą zajmują cały kwartał pomiędzy ulicami Randolph, Beaubien, Lake i Stetson.

One Two Pru jest szóstym najwyższym budynkiem w mieście, o wysokości ponad 300m. Posiada 64 kondygnacje nadziemne i pięciopoziomowy podziemny garaż. Kondygnacje podziemne są podłączone do podziemnej sieci chodników dla pieszych – Chicago Pedway System – zapewniających bezpośredni dostęp do hoteli, usług handlowych, gastronomii, ratusza oraz systemu pociągów CTA.

Zatem tym razem proponuję zjechać w dół i zobaczyć chociaż część Chicago podziemnego. To może być ciekawe doświadczenie.

Mapa systemu Pedway wraz z opisem i zaznaczonymi zejściami jest tutaj https://www.chicago.gov/content/dam/city/depts/cdot/pedestrian/Pedway/PedwayMap2013.pdf

Drugą część dnia proponuję przeznaczyć na rozrywkę, w tym celu należy udać się na Navy Pier. Jest to olbrzymie betonowe molo położone przy północnym ujściu rzeki Chicago do jeziora Michigan. Dawniej było tutaj centrum szkolenia marynarki wojennej, a obecnie całe molo służy rozrywce. Jest znane z lunaparkowych atrakcji, restauracji, sklepów i fajerwerków.

DLA AMATORÓW ŁĄCZENIA BIEGANIA ZE ZWIEDZANIEM

Jeśli macie ochotę zostać w Chicago trochę dłużej, mamy następującą propozycję:

 MUZEA – trzeba pamiętać, że większość muzeów jest zamknięta w poniedziałki.

Chicago History Museum – 1601 Notrh Clark Street – dla zainteresowanych historią miasta, jego rozwojem, odbudową po wielkim pożarze w 1871r.,etc.

Czynne codziennie w godzinach 9-30-16.30, bilety w cenie 17$

 DuSable Museum of African American History – 740 East 56th Place – pozwala poznać historię, osiągnięcia, kulturę i sztukę Afroamerykanów. Z pewnością warte odwiedzenia, w Europie nie mamy zbyt dużej wiedzy w tym zakresie.

Czynne, oprócz poniedziałków, w godzinach 10-17, bilety w cenie 10$.

 Museum of Science and Industry – 5700 South Lake Shore Dr – niezwykle interesujące i inspirujące interaktywne wystawy z różnych dziedzin nauki i przemysłu. Można w nim, na zabawie i nauce, spędzić cały dzień, nie mając świadomości upływu czasu.

Czynne w godzinach 9.30-16, bilety w cenie 20$.

 ATRAKCJE

Garfield Park Conservatory – 300 North Central Park Ave –Garfield Park Conservatory jest jedną z największych i najbardziej oszałamiających oranżerii botanicznych w kraju. Konserwatorium, często nazywane „sztuką krajobrazową pod szkłem”, prezentuje tysiące gatunków roślin z całego świata w ośmiu krytych ogrodach wystawowych. Przez cały rok odwiedzający mogą cieszyć się bujną florą i tropikalnymi temperaturami w pomieszczeniu lub ponad 10 akrami ogrodów na świeżym powietrzu

Czynne codziennie w godzinach 9-17. Wstęp wolny, gospodarze liczą na dobrowolne dotacje.

 Lincoln Park Zoo – 2001 North Clark Street – jeden z najstarszych ogrodów zoologicznych
w USA. Połączony z parkiem, zajmuje obszar około 400ha.

Ogród jest czynny codziennie w godzinach 10-17, wstęp wolny, mile widziana dobrowolna dotacja.

Wycieczki poza miasto wynajętym samochodem (około 60$ za dzień) na ile tylko zawartość portfela i wyobraźnia pozwalają.

Milwaukee, leży 150 km na północ, a w nim muzeum Harley-Davidson

Detroit, około 450 km na wschód – miasto, które ogłosiło upadłość

Niagara Falls, około 850 km na wschód

JEDZENIE

Chcąc poczuć się jak rodowity Amerykanin koniecznie trzeba spróbować  krwistego steka,  pysznego  hot  doga i hamburgera, którego wielkość zadziwi niejednego smakosza oraz słynną Deep Dish Pizza (grubą, smażoną na głębokim tłuszczu). Oprócz typowych fastfoodów, można  odnaleźć bogactwo kuchni z wielu zakątków świata. Mieszkańcy Chicago, tak jak i całych Stanów Zjednoczonych, to mieszanka imigrantów z wielu różnych kultur, dlatego w mieście możecie korzystać z ulubionej kuchni: włoskiej, francuskiej, chińskiej, meksykańskiej, tajskiej itd. Popularne są owoce morza i ryby z jeziora Michigan oraz różne grillowane mięsa i ….„król” bekon.

ZAKUPY

Ograniczyłabym się jedynie do drobnych pamiątek-upominków.

UDANEGO POBYTU I ZNAKOMITEGO WYNIKU SPORTOWEGO!

Informacje szczegółowe, zawarte w tekście powyżej, są zaktualizowane na dzień jego sporządzenia, tj. 16 sierpnia 2019r.

 Właściciel strony i pomysłodawca cyklu: Karol Zalewski

Przygotowała: Małgorzata Zalewska

 

 

 

Rowerowy tour Karoliny po Korsyce

Wakacje do czas słońca (chyba, że jest to polskie morze, to bywa różnie…), odpoczynku, urlopów, relaksu i radości. Dla Karoliny Pawełczak to idealna pora na to wszystko, jednak jak na fankę sportu przystało, nie zapomniała również o tym, że jest to najlepszy czas na odcinanie kuponów od swojej wypracowanej sportowej formy. W sumie to z relacji Karoliny trudno jednoznacznie określić, czy wyjechała na piękną Korsykę w celach turystycznych, czy treningowych. Dla mnie, jako Trenera, wersja o podwójnym celu podróży jest jak najbardziej optymistyczna i satysfakcjonująca, bowiem właśnie tak widzę wypoczynek moich Podopiecznych – turystyka, zwiedzanie, relaks, radość z poznawania nowych miejsc, czerpania z nich tego, co najlepsze przy jednoczesnej dbałości o formę i sportowy szlif w nowych, arcyciekawych często, okolicznościach przyrody…

A zatem, wracając do wojaży Karoliny, Korsyka dostarczyła jej w lipcu emocji związanych z kontemplowaniem cudownych zabytków, przyrody, urokliwych miast i miasteczek, a także miejsc zupełnie odludnych, ale jakże atrakcyjnych dla rowerowego Zapaleńca. I tak Korsyka powitała Karolinę swoim niesamowitym urokiem w Bastii i cudowną, górzystą trasą rowerową – Biguglie > Ollette > Saint Florent. „Ponoć legenda głosi, że Bóg stworzył Korsykę siódmego dnia, kiedy był już znużony pracą. Nie miał siły wymyślać nowych cudów świata i poszedł na łatwiznę – połączył najwspanialsze elementy różnych krajobrazów: majestatyczne wzgórza, bajeczne wybrzeża, pachnące kwiaty i gęste lasy. Zaznałam tego wszystkiego już pierwszego dnia, a to dopiero początek”. Tak relacjonowała Karolina swoje pierwsze rowerowe wojaże na Korsyce.  Rower bowiem był najatrakcyjniejszym i jak się okazało, satysfakcjonującym, sposobem kontemplacji wyspiarskich francuskich klimatów.

Kolejny dzień rozpoczął się już o świcie, bowiem trasa do Calvi, kolejnego celu Karoliny, to ponad 70 km: „O świcie ruszam z Saint Florent drogą do Calvi przez wybrzeże, trasa wymagająca nawet ze wspomaganiem i raczej nie dla kogoś z lękiem wysokości, strome zbocza i trochę szutru, jednak w tle widoki zapierające dech w piersiach (…) w połowie trasy mijam najwyższy szczyt na Korsyce, Monte Cinto, dalej mnóstwo campingów, urocze wioski i piękne, zielone wąwozy – dla kogoś uprawiającego trekking to istny raj. Zjeżdżam wzdłuż Morza Tyrreńskiego – sztos trasa”.  Calvi pozwoliło Karolinie na nieco odpoczynku, dało szansę na małe zwiedzanie, ale jeśli myślicie, że na tym poprzestała tego dnia, to muszę Was z błędu wyprowadzić, bowiem jeszcze tego samego popołudnia ruszyła do Capo Rosso i Porto. Ma Dziewczyna power.  „Trasa do Porto to mega wyzwanie jeśli ktoś chce pokonać ją przez wąwóz wzdłuż rzeki kierując się na Manso to nie polecam – mnóstwo jaszczurek i co gorsza kamieni, więc lepiej nie ryzykować z oponami. Trasa piękna, ale zdecydowałam zawrócić na normalną drogę”. Okazuje się zatem, że czasem zdrowy rozsądek pozwala na dokonywanie słusznych wyborów, cuda natury nie zrekompensowałyby zniszczonego sprzętu, a tym samym przestoju w podróży i niepotrzebnego stresu. Sport wymaga umiejętności podejmowania wyborów, czasem trudnych, wiem to z własnego doświadczenia… i wiem, że bywa tak, że rezygnacja jest najlepszą z dróg osiągnięcia celu. Zresztą trasa Karoliny do Porto i tak nie była łatwa, nie dosyć, że podjazd za podjazdem, to jeszcze padła bateria rowerowa, ale widoki, jakie dzielna Podróżniczka mijała, warte były wysiłku!

„Szybka regeneracja w Porto i ruszam do pięknej stolicy Ajaccio – gdzie urodził się Napoléon Bonaparte, po drodze zawitam do Cegrese na dobra kawkę. Let’s go”. Nie usiedzi na miejscu, nie usiedzi… Poniosło Karolinę Ajaccio. Podobnie jak dnia poprzedniego trasa z Porto zdecydowanie biegła pod górę, a temperatura dawała się we znaki. Na szczęście wiatr bywa sprzymierzeńcem rowerzysty, tak było również w tym przypadku, więc można było się nieco schłodzić.  W drodze do Ajaccio Karolina miała okazję sprawdzić swoją wyobraźnię, bowiem skaliste widoki nieustannie przypominały Jej kształty jakiś zwierząt – „widziałam psa, lwa, dzika, i może małpę”. Zaczynałem się obawiać, czy ten upał nie za bardzo może dokuczał Karolinie. Jednak nagroda czekała za zakrętem, bowiem w Ajaccio Karolina postanowiła spędzić nieco więcej czasu (nie dni, nie… na tyle czasu nie było, ale kilka godzin to zawsze coś), aby naładować baterie i dać odpoczynek nogom. Nie bez znaczenia pewnie były wizje atrakcji takich jak cudowne morze, piękne zabytki i doskonałe jedzenie… Wieczór powinien zastać ją w Propriano, ale pozostało jeszcze trochę pedałowania, ok. 40 km. Mapka wczytana, Karolina gotowa do drogi, jednak coś Ją tknęło i zapytała o trasę w knajpeczce, w której akurat się posilała. „Okazało się, że ta droga już dawno nie funkcjonuje i jedyna opcja to jechać na około wzdłuż wybrzeża, co dodałoby mi ok. 30 km, patrząc na godzinę i 3/4 baterii postanowiłam nie ryzykować, tym bardziej, że droga jest nieoświetlona, zjechałam do knajpy z zapytaniem o nocleg w pobliżu. Opowiedziałam, że jadę już spory kawałek, nogi już ledwo dają radę a mapa okazała się nieaktualna. Co za ludzie i co za szczęście!! Najpierw chcieli przenocować mnie na zapleczu, ale nasza rozmowę podsłuchało małżeństwo zamawiające pizzę i zaoferowali mi, że mnie przenocują (nie myślałam wtedy o tym, że nic o nich przecież nie wiem, było mi już wszystko jedno). Zapakowali rower i ugościli mnie jak księżniczkę – pokój z tarasem, piękny ogród a rano spakowali mi dżemy i croissanty.” I dlatego podróże są tak zaskakujące, i tak fascynujące. Zawsze wydarzy się coś niespodziewanego, nieoczekiwanego i pięknego!

Trasa z Propriano do Porto Veccio, które było kolejnym celem Karoliny to kolejne 73 km pedałowania. Pozytywne doświadczenia dnia poprzedniego skumulowały się w optymizm i nową energię, więc podróż zleciała w oka mgnieniu. Pierwszy jej etap to spore podjazdy, więc trochę trzeba było popracować, ale druga połowa zdecydowanie łatwiejsza, więc nasza Podróżniczka cieszyła się pięknymi widokami Porto Vecchio.  Przysłowiowe „cztery litery” dawały się tego dnia we znaki, bowiem przystanków było mało, ale cóż tam! Każdy kilometr był tego warty: „Porto Vecchio, czyli bajkowe miasteczko, trochę jak z filmu „tajemniczy ogród” mnóstwo wąskich uliczek, pochowanych knajpek i piękne zadbane ogrody, mają tu fajną miejscówkę z serami francuskimi i nieopodal winnice ogólnie mega klimat ! (…) Dobrze mi się siedziało przy zimnym piwku obok muzyka na żywo i wszyscy uśmiechnięci 🙂 odpoczęłam i o dziwo zostało mi ok. 20km do domu więc już z luźną głową (że na pewno dojadę) ruszyłam do miasteczka Conca położonego nieco wyżej”.

W Conca Karolina czuła się przez wiele kilometrów jak w dżungli, roślinność gęsta, a do tego przez prawie kilometr ciągnął się cmentarz (ciekawie tam mają – zamiast pomników mini świątynie dla całej familii). Do tego jakieś domki, co wydawało się mało atrakcyjne, ale wieczór w miejscu noclegu był pełen uroku i pozytywnych emocji – schłodzona Pietra, piękny ogródek, rodzinka się dosiada, pies z kotami i jaszczurkami też się kręcą, rozmowy, domowa pizza przygotowana przez gospodynię, bowiem czas kolacji już dawno minął. Generalnie cudnie! Odpoczynek przed ostatnimi 120 km do ostatniej miejscówki, która dla Karoliny miała być tzw. wisienką na torcie.

Po dobrym francuskim śniadanku ruszam dalej już do ostatniej destynacji (Ok 120km) pogoda nie oszczędza – po krótkim pitstopie na rozpływanie na pięknej plaży Plage de Canella prawie nie staję (w miejscu czuję się jak na grillu) po drodze mijam piękne winnice, plantacje drzew oliwkowych i cytryn – pięknie pachnie i słychać głośne dźwięki korsykańskich kowalików,  do tego wyjeżdżając z Conci, widziałam Kanię rudą – to ogromny ptak polujący w tych rejonach Korsyki coś jak sęp, pełno po drodze winiarni, wytwórni serów i plantacji pomidorów. Zostaje 20km do mety i łapie mnie lekki kryzys energetyczny, a 2km dalej jest zjazd na rynek, biorę banana i lecę dalej >> kilka szybkich odcinków gdzie trzeba się trochę bardziej skupić choć (i tak jeżdżą tu naprawdę ostrożnie nikt nie trąbi jest sporo rowerzystów, więc nie ma poczucia niebezpieczeństwa) spoglądam na zegarek mapa pokazuje 3,5 km do celu, nie chce mi się w to wierzyć!!! Zrobiłam to!!!! Objechałam Korsykę dookoła rowerem – bez Corse Cap’u wyszło niecałe 600 km i zajęło mi to w sumie 4,5 dnia! Chłopak, odbierając rower doznał lekkiego szoku, jak zobaczył licznik, trochę mu poopowiadałam i fotki (wiadomo) uwierzył!!! Zdecydowanie tour warty wysiłku – spotkałam cudownych ludzi i zobaczyłam piękne miejsca, nie wspominając (nie ukrywam) o pracy, jaką mnie to kosztowało – organizacji, odwagi i siły, ale chyba po to się żyje, aby być spełnionym i szczęśliwym no właśnie takiego przeżycia życzę każdemu z Was! coś pięknego ! Podróże kształcą, uczą pokory i na pewno dodają mnóstwo siły. Zatem podróżujcie ile i gdzie się da!!!”  Nic dodać, nic ująć. Podróż Karoliny po Korsyce dobiegła końca. Była wyczerpująca, ale wyjątkowa, trudna, ale fantastyczna!

Barwa dla Karoliny za pomysł i realizację, za determinację i radość życia, za siłę i odwagę! Brawo Ty! Mam nadzieję, że będziesz inspiracją dla innych, a Korsyka doskonałym celem rowerowych wypraw. Powodzenia!

Karol Zalewski, JAtrenuje

Cytaty i zdjęcia zaczerpnięte z profilu Instagram Karoliny @ _k_a_r_l_a___

Początek lata w Athletic Team

Początek lata to czas korzystania z nadarzających się chwil wypoczynku, urlopów, błogiego nicnierobienia. Jednak Athletic Team odpoczywa najczęściej bardzo aktywnie. Treningi, starty, rekreacja – to codzienność moich Podopiecznych i Przyjaciół. Oto garść informacji z ostatnich tygodni:

W gorącej, acz pięknej Hiszpanii, Agnieszka Sychowska wzięła udział w czerwcowym biegu na 5 km w przepięknym Alicante. Już sam ten fakt mógłby być doskonałym początkiem relacji z tego startu Agi, ale jeśli dodam, że był to bieg z przygodami, pewno wzmoże to Waszą ciekawość. Akurat w tym czasie w Alicante odbywała się Hogueras, czyli dwa tygodnie męczącej, choć pełnej radosnej atmosfery fiesty. Przy okazji centrum miasta wyłączone z ruchu, na ulicach milion turystów i jeden wielki hiszpański chaos. Ktoś, kto był w czasie tego typu imprez z jakimkolwiek hiszpańskim mieście może sobie wyobrazić panującą atmosferę i specyficzne zamieszanie z nią związane. Dodatkowym utrudnieniem dla Agi był fakt,  że bieg zlokalizowany był w San Juan Pueblo, 10 km od centrum, co bardzo komplikowało dojazd na miejsce startu. Początek nerwowy, bowiem Aga dotarła na linię startu na pięć minut przed wystrzałem go rozpoczynającym, ponadto pozamykane ulice, zmieniony ruch i dezorientacja w kwestii lokalizacji miejsca rozpoczęcia biegu przysporzyły nie lada stresu i nerwówki. Na szczęście w tym totalnym chaosie policjant, który zauważył desperację i panikę Agnieszki, otworzył jej ulicę i mogła dojechać tak daleko, jak się dało. Resztę dystansu do startu pokonała już w tempie startowym. Zatem trudno określić, czy była to rozgrzewka, czy właściwy bieg J Wyobrażacie sobie sytuację, w której Aga biegnie jak szalona, nie wiedząc, czy trafi na start, czy zdąży? Udało się, wbiegła na linię, gdy inni zawodnicy właśnie rozpoczynali swoje sportowe zmagania. Bez jakiejkolwiek przerwy, bo jak wspomniałem, trudno określić, czy bieg na start był rozgrzewką, czy właściwą rywalizacją, Aga przekroczyła linię i rozpoczęła bieg po zwycięstwo.  To się nazywa motywacja, nastawienie i wola walki. Ostatecznie Agnieszka uplasowała się na 5. miejscu w kategorii wiekowej, z czasem 24:57, co oznacza, że życiówka poprawiona. Ponadto Aga była 13. wśród wszystkich kobiet (na 85 startujących) i 66 ze wszystkich (na 185). Brawo!!! Jest się czym pochwalić!  

Kolejny, tym razem lipcowy bieg na 5 km miał swój start w Huddersfield w Anglii. Agnieszka jak zawodowiec stanęła na starcie po to, aby wygrać, a jeśli nie to, to chociaż poprawić czas na dystansie.Biegła w Huddersfield w piekielnym upale i duchocie, zatem odczucia były mało komfortowe, już przed biegiem Aga była zmęczona  warunkami pogodowymi tym bardziej, że musiała dojechać z Leeds autobusem z przesiadką na pociąg, a potem jeszcze spory kawał drogi pokonać na piechotę. Warto nadmienić na podciągnięcia dramatyzmu, że ani w autobusach, ani w pociągu nie było klimatyzacji. Trasa biegu byłą dla Agnieszki również wymagająca, bowiem Greenhead Park to miejsce pełne pagórków, a zatem sporo podbiegów, a Aga nie czuła się w biegu pod górę zbyt mocna, bowiem przyznała, że nigdy nie trenowała tego typu terenu. Było to dla Niej wielkim wyzwaniem, dlatego czas w porównaniu do hiszpańskiej piąteczki był gorszy, bo coś ponad 26 minut, ale to i tak wystarczyło do zajęcia pierwszego miejsce w kategorii wiekowej. Jestem dumny, Ago!!! Olé!!! J

 

Wioletta Mączkowska i Edyta Karpiusz to duet, który już kilka razy tandemowo stanął na starcie biegu. Tym razem wspólnie postanowiły przemierzyć nocą ulice Gdyni w Nocnym Biegu Świętojańskim na koniec czerwca. To trzeci bieg z cyklu Grand Prix Gdyni. Dziewczyny umówiły się przed godziną 24. blisko linii startu, udało im się spotkać w tłumie, co nie było proste ze względu na bardzo dużą frekwencję startujących. Warunki do biegu były świetne. Pamiętacie, że czerwiec był wyjątkowo upalny w tym roku? Dlatego nocny bieg dał możliwość startu w komforcie termicznym, bez żaru promieni słonecznych i męczącej duchoty wilgotnego morskiego powietrza. Wioletta po raz kolejny postanowiła poprowadzić przyjaciółkę w 10-cio kilometrowym biegu, ostatnio w Kwidzynie udało Jej się to doskonale, Edyta zrobiła dobry czas na dyszkę. Tym razem już od startu było raczej wiadomo, że nie uda się tego czasu pobić, a nawet osiągnąć, bowiem po pierwsze dwukilometrowy podbieg pod ulicę Kielecką dał Edycie nieźle w kość, jednak walczyła dzielnie, ani razu nie przeszła do marszu, chociaż wielu ludzi wokół postanowiło się przemaszerować w kierunku Witomina. Na pewno prowadzenie Wiolety, jej motywacja w czasie biegu, troska pomogły Edycie przebiec cały bieg, choć czas to 1:10. Tak czy inaczej Dziewczyny miały nocny przyjacielski czas dla siebie. To wartość dodana tego typu biegów. Tym bardziej, że Wioletta nie biegła dla siebie, na swój czas, swoje osiągnięcia, tylko startowała dla przyjaciółki. Wiem, że Edyta to bardo docenia.Brawo Dziewczyny! Przed Wami kolejne wspólne starty! Trzymam kciuki.

            Karolina Pawełczak nie próżnuje, oj nie! Tym razem jeden weekend lipcowy poświęciła w całości startom, bowiem 6 lipca w Skórczu w trailowej 15-stce wybiegała 2 miejsce, co jest fantastycznym wynikiem, a 7 lipca w półmaratonie Tricitytrail była trzecia. Karolina zachwyciła się piękną „filmową” trasą i fantastyczną atmosferą imprezy. Jednak najlepsze wrażenia Karolina pozostawiła sobie na później, bowiem wybrała się na Korsykę, aby przeżyć tam swoją rowerową przygodę. Ale tej wyprawie poświęcę oddzielny wpis na blogu za czas jakiś. Warto poczekać… J

           

 

                Tricitytrail to również bieg ultra na 81,5 km w sztafecie prowadząca szlakami turystycznymi Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego.  Ekipa Athletic Team stanęła na starcie zwarta i gotowa – Michał Rusak, Ziemowit Bernatowski, Konrad Wyganowski i Karol, czyli Ja 😉 Genialna walka na trasie, świetna rywalizacja w tegorocznej edycji, była moc w startujących teamach, co zawsze jest sportowo atrakcyjne. Ścigaliśmy się z MajaTeam przez całe 80 km. Było naprawdę mocno i energetycznie. Ostatecznie nasza sztafeta uplasowała się na 2. miejscu, co w obliczu naprawdę silnym przeciwników i mocnej rywalizacji jest świetnym wynikiem. Brawo MY!

            Z kolei Kamil Szeleżyński rozpoczął niedawno swój najdłuższy bieg – małżeństwo! Gratulujemy i życzymy szczęścia na nowej drodze życia. Nasi Chłopcy stają się Mężczyznami!!! Nie tylko w sportowym aspekcie! Ale ten również jest stale obecny w życiu Kamila, który przygotowuje się do startu na 20 km w Gorce Ultra Trail.  To bieg przez najpiękniejsze zakątki Gorców… i najwyższy szczyt Beskidu Wyspowego – Mogielicę. Na Kamila czeka gorcowa dwudziestka na początku sierpnia. Trzymamy kciuki!!! Jeszcze raz wszystkiego najlepszego, nie tylko na trasie biegu.

            Spektakularny start w najbliższym czasie czeka Izę Samson, która przygotowuje się do maratonu w Berlinie. Czekamy na start Izy, trzymamy kciuki za jego powodzenie. O samym maratonie berlińskim możecie przeczytać na moim blogu w cyklu Maratony duże i małe. Zapraszam. 

Na koniec kilka akapitów dotyczących mojego startu w Chojniku w lipcowym górskim maratonie. Ultra maraton w Chojniku, który zapowiadał się dla mnie jako kolejne przedsięwzięcie na długiej górskiej trasie niebędącej przecież nowością w moich doświadczeniach biegowych, zakończył się dla mnie w połowie drogi. I nie wydarzyło się nic spektakularnego, nic dramatycznego, nic, co podniosłoby Wasz poziom zainteresowania na wyżyny. Nic takiego się nie stało… Co zatem spowodowało, że po prostu zszedłem z trasy na 30-stym kilometrze?  Wiele…  Po pierwsze sportowo od pierwszego dnia przybycia do Karpacza wszystko było na opak. Chciałem wykorzystać rodzinny pobyt w górach, sposobność spędzenia czasu z Najbliższymi w taki pięknych okolicznościach przyrody spowodowała, iż zatraciłem swój instynkt sportowca, przyznam, że zrobiłem to świadomie i świadomie naraziłem się na konsekwencje tej decyzji. Długie spacery po górach zamiast przedstartowej regeneracji i ładowania akumulatorów nie były dobrym przygotowaniem do sobotniego startu. Jednak w życiu są rzeczy ważne i ważniejsze – czas z Najbliższymi jest cenniejszy niż kolejny sukces biegowy. Po drugie warunki na trasie miały ogromny wpływ na moją decyzję o rezygnacji. Trasa była bardzo trudna – wiele zbiegów po śliskich kamieniach zaczęło mi działać na wyobraźnię. Oczyma duszy widziałem skręconą kostkę, solidną kontuzję, o którą na tej trasie naprawę było łatwo. Po raz kolejny poczułem emocje związane z wyłączeniem mnie ze sportu, z treningów, co miało już miejsce kilka lat temu. Uznałem, że nie mogę sobie na to pozwolić. Głowa nie pozwoliła mi zatem kontynuować biegu… Decyzję jednak o ostatecznym zejściu z trasy postanowiłem zrzucić na los, bowiem pomyślałem, że jeśli na kolejnym punkcie będzie Magda, zejdę, jeśli Jej nie spotkam pobiegnę dalej. Los i Magda zadecydowali za mnie. Moja Ukochana uratowała mnie swoją obecnością przed kontynuowaniem biegu, co do którego miałem tyle wątpliwości. Jednak serca zawsze należy słuchać. Ostatecznie poniosłem porażkę w tym biegu, nie skończyłem go, ale gdy popatrzy się na sytuację z innej strony odniosłem zwycięstwo -potrafiłem zrezygnować ze sportowych ambicji na rzecz zdrowego rozsądku i własnej przyszłości zawodowej. Ta myśl pozwala mi na przełknięcie tej gorzkiej chojnickiej pigułki.

Następne starty przede mną, zawsze jest szansa na kolejne doświadczenie, zawsze można próbować, zawsze można walczyć ze sobą, upaść na kolana, wstać i biec dalej…

Karol, czyli JAtrenuje