Berlin, półmaraton i JA – wspomnienia Wioletty

Berlin, półmaraton i JA – wspomnienia Wioletty

Pamiętam, kiedy jeszcze nie biegałam i mało sport mnie interesował, miałam okazję uczestniczyć w półmaratonie berlińskim jako kibic. Impreza swoim rozmachem i atmosferą mnie oczarowała i pomyślałam sobie wtedy, czy ja kiedyś mogłabym tu pobiec… jednak jeszcze długo po tej myśli nic tego nie zapowiadało… Okazuje się jednak, że nie ma w życiu rzeczy niemożliwych.

Jak do tego doszło? W październiku biegłam w towarzystwie Jarka Willmy (mój kuzyn, który biega już 40 lat, więc chętnie korzystam z Jego doświadczenia) półmaraton w Gdańsku i podczas tego startu Jarek powiedział, że jak zrobię czas 1:58’, to jedziemy w kwietniu do Berlina na taki sam dystans. To była moja „marchewka”, zrobiłam to, a ostatnie metry wyobrażałam sobie, jak biegnę w Berlinie, chociaż był to bruk Gdańska. W głowie cały czas miałam muzykę, która towarzyszy berlińskiej imprezie, wyobrażałam sobie te tłumy kibiców i miałam przed oczami biegaczy podskakujących w gotowości do startu.

Nadszedł w końcu czas na zapisanie się na bieg…. ten pierwszy poza granicą kraju, w naiwności swojej wydawało mi się, ze to tylko chwila i już się znajdę na liście ….hmmm, jednak okazało się, że to nie jest takie proste – najpierw formularz, który trzeba było dokładnie wypełnić wszystkimi danymi … a potem cały zestaw pytań odnośnie zdrowia – nie pamiętam, ile ich było, ale dużo…. weryfikacja i po kilkunastu minutach dostałam kod, który to był kluczem do wpisania się na listę startową, opłata z dodatkowymi gadżetami 100€ i jest! 46050 to mój numer startowy!

A potem już 6 miesięcy oczekiwania, ale nie odpoczywałam w tym czasie, o nie! …. treningi …. treningi….. i jeszcze raz treningi. Świetnie dopracowany przez Trenera plan treningowy dawał mi poczucie, że nie może się nie udać i muszę mieć jakiś cel (poprawienie czasu z Gdańska) – to mnie podkręca. Jednak najbardziej byłam nastawiona na super imprezę …w towarzystwie oczywiście prywatnego prowadzącego, którym miał być po raz kolejny Jarek. Ostatni trening przed wyjazdem to wskazówki trenera i motywacja. Podróż była wyjazdem rodzinnym i przyjacielskim. Mam coś takiego, że nie lubię na wyjazdowych startach być na ostatnią chwilę, więc już w piątek byliśmy na miejscu. Hotel Berlin to była nasza miejscówka, bardzo dobrze zlokalizowany, jakieś 2 km od startu, wielce przyjazny biegaczom, więc nie można chcieć więcej. Berlin nocą jest piękny, więc nie omieszkaliśmy popatrzeć na niego… czuć już było atmosferę imprezy… zawsze, kiedy przyjeżdżałam tu kibicować, miałam poczucie, że Berlin tym żyje…, że ludzie przygotowują się bardzo do takich imprez ….

Rano wraz z moją przyjaciółka, która z Hamburga przyjechała nam kibicować, jedziemy odebrać pakiet startowy, a na miejscu tłumy ludzi, wszystko wydaje się gigantyczne – banery, informacje kierujące do odpowiednich miejsc i sektorów, tłum uśmiechniętych i pochłoniętych atmosferą ludzi. Przed odbiorem numeru czeka nas jeszcze EXPO, czyli mnóstwo ubrań, butów i gadżetów biegowych do kupienia, przebijamy się przez kilka hal, aż wreszcie docieramy do miejsc, gdzie wydają pakiety startowe i tu musimy się rozdzielić, bo do odpowiedniego stanowiska mogę podejść już sama. Potem krótka weryfikacja i pakiet w dłoni.

Czułam, jak oblewa mnie fala ekscytacji i emocji- jeszcze tylko przygotowanie rzeczy na start (zawsze ze 20 razy sprawdzam, czy niczego nie zapomniałam) i ostatnia noc przed startem. Tym razem już tak łatwo nie jest…Przewracam się z boku na bok i wydaje mi się, że nie śpię, zegarek wskazuje godzinę za godzina, a ja mam wrażenie, że jeszcze nie zasnęłam. Poranek startowy – śniadanie (zawsze ten sam zestaw przed biegiem, żeby nie było niespodzianek), SMS od znajomych z życzeniami powodzenia, czuję motyle w brzuchu z powodu tremy i ekscytacji. Odbieram jeszcze wiadomość od Trenera, z której zaczynam podejrzewać ze jest gdzieś w Berlinie, ale myślę, że to wyobraźnia płata mi figla, że to niemożliwe. Jednak okazało się za chwilę, że przeczucie mnie nie myliło i Karol z Magdą i Oliwią są na trasie biegu! Emocje, które mi towarzyszyły w tym dniu były nieustannie wymalowane na mojej twarzy …. łzy na zmianę ze śmiechem.

W hotelu spotykamy się z Jarkiem i ruszamy powoli na start, mamy jakieś 2 godziny. Podążamy oczywiście za ludźmi, a ulice zaczynają pustoszeć ze zwyczajowego ruchu, a zapełniać się kibicami i startującymi, uśmiechnięci panowie ze służb pilnujących wskazują drogę, informują, gdzie i w która stronę się kierować. Docieramy na miejsce, piękny park, w tle Brama Brandenburska, tłumy ludzi. kilka fotek, bramki, przez które mogą tylko wejść biegacze, kontrola (nic oprócz butelki z wodą nie można wnieść), wszystko dobrze oznakowane, więc od razu kierujemy się do swojej strefy, mała rozgrzewka, wchodzimy w tłum oczekujących na start ludzi…. dookoła różne narodowości. Ludzie uśmiechają się do siebie i przybijają sobie piątki. Muzyka, która pamiętam sprzed lat i myśl, że kiedyś stałam po drugiej stronie, a teraz wśród biegaczy, powoduje, że mam ciarki na całym ciele. Wreszcie odliczanie, pierwsza fala rusza i sprawnie po kolei każda następna. Ruszamy i my. Szybko z tłumu kibiców dało się słyszeć nasze imiona – NASI nie zawiedli i teraz już nogi niosą!

Każdy kilometr pokonujemy zgodnie z planem, kibicujący przekazują nam niesamowitą energię, nasi kibice pojawiają się na trasie w różnych miejscach, co przyprawia skrzydła. Ostanie kilometry biegu nie są już łatwe, przynajmniej nie dla mnie, co prawda daję z siebie wszystko i w końcu docieramy do METY. Emocje sięgają zenitu. Kurtyna!
Tak, jestem pewna, że to nie jest ostatni w tym miejscu start…
A kto wie, czy ten kolejny nie będzie na królewskim dystansie…

Autor: Wioletta Mączkowska